Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us

Archive for the ‘Proza’ Category

Grudzień-30-11

posted by Agnieszka

DOSIEGO ROKU ŻYCZY Agnieszka Battelli

Tags:
Grudzień-19-11

WESOŁYCH ŚWIĄT

posted by Agnieszka

***
ŻYCZENIA WESOŁYCH ŚWIĄT, WSPANIAŁYCH TEKSTÓW ZARÓWNO PISZĄCYM JAK I ICH CZYTELNIKOM SKŁADA AGNIESZKA BATTELLI:)

Tags:
Listopad-19-11

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***
Gollyłódź
.
Dawno, dawno temu – tak zwykle zaczynają się bajki. Niestety, to nie jest bajka. To prawda o mieście, które dawno, dawno temu żyło. Kwitł w nim przemysł filmowy. Nadano mu trochę żartobliwą, trochę dumną ksywkę Hollyłódź. Fala szarego dymu unosiła Łódź może nie do dobrobytu, ale do bytu jako tako spokojnego, była praca, jako taka ale była. Były też jako takie pieniądze, za które jako tako się żyło. A dziś? Co drugi mieszkaniec goły jak przysłowiowy święty turecki, co trzeci na minusie. Miasto nie dość, że gołe finansowo, na wszystko w budżecie brak pieniędzy to jeszcze starzeje się w zastraszającym tempie. Młodzi powyjeżdżali za chlebem, a ci którzy zostali to sami lenie. Zamiast pracować nad zaludnianiem miasta uparcie produkują niż demograficzny. A może to nie ich wina? Może wszystko dlatego, że dziś nie ma przerw w dostawach prądu, a w telewizji telenowela za telenowelą, jak nie 90 to chociaż 50 kanałów i jak tu się oderwać od życiowych problemów bohaterów 4254 odcinka „Mody na sukces”? Było już o nagości i goliźnie, a co z rozbieraniem? A dziękuję, kwitnie. Rozebrane zabytki, kamienice, fabryki. Piotrkowska rozebrana od Górniaka z co drugiego budynku, teraz prezentuje nielicznym przybyszom obwisłe piersi balkonów i makijaż z odpadających płatów tynku. Wdzięczy się kawiarenkami i czeka aż Dworzec Fabryczny wreszcie zdecyduje się rozebrać i zawstydzony zejdzie do podziemia.Łódź zaczyna zarabiać na nową ksywkę; Gollyłódź, bo akurat golizny ci u nas dostatek.

Czerwiec-12-11

Agnieszka Battelli

posted by Agnieszka

***

Krzewy

.

krzewy zadrżały zielenią

policzki panien czerwienią

.

i szumem wiatru zagrały

ich zawstydzenie wydały

.

a wszystko razem codzienność

dla życia jest to zwyczajność

.

krzewom na zawsze to dane

a cnoty panien zabrane

Kwiecień-22-11

posted by Agnieszka

***

WESOŁYCH ŚWIĄT DLA WSZYSTKICH AUTORÓW, CZYTELNIKÓW I SYMPATYKÓW STRONY .

Agnieszka Battelli:)

Tags:
Marzec-8-11

I edycja Złotnianego Konkursu Poetyckiego

posted by Agnieszka

***

Może istnieć sto sposobów komunikowania się we współczesnym świecie, ale nic nie zastąpi ludzkiego spojrzenia

Paulo Coelho

Być jak płynąca rzeka

I edycja

Złotnianego Konkursu Poetyckiego

z okazji

Światowego Dnia Poezji

pod patronatem

TVP SA Oddział w Łodzi, MPK w Łodzi,   Związku Literatów Polskich Oddział Łódź, Rady Osiedla Złotno w Łodzi

Organizatorzy

Miejska Biblioteka Publiczna Łódź-Polesie Filia nr 15

Bałucki Ośrodek Kultury „Rondo”

REGULAMIN

Cele Konkursu:

· uczczenie Światowego Dnia Poezji przypadającego dnia 21 marca każdego roku

· zachęcenie uzdolnionych literacko osób do działań twórczych,

· ukazanie biblioteki jako miejsca spotkań i działań propagujących twórczość

· spotkanie i integracja środowisk oraz stworzenie wydarzenia literackiego.

Adresaci konkursu:
Konkurs ma charakter otwarty i mogą w nim brać udział wszyscy zainteresowani bez ograniczeń wiekowych.

Zasady uczestnictwa:

· Warunkiem uczestnictwa w Konkursie jest dostarczenie na adres organizatora jednego wiersza dotyczącego komunikacji między ludźmi i inspirowanego cytatem z książki Paulo Coelho Być jak płynąca rzeka: Może istnieć sto sposobów komunikowania się we współczesnym świecie, ale nic nie zastąpi ludzkiego spojrzenia.

Utwór w języku polskim dotąd nie publikowany i nie nagradzany w innych konkursach, a także nie publikowany w sieci Internet

· powinien być przesłany
w formie wydruku komputerowego i podpisany godłem.

· W osobnej zaklejonej kopercie, oznaczonej tym samym godłem, należy podać imię, nazwisko, adres, telefon, e-mail.

· Jeden autor może dostarczyć tylko jeden utwór o objętości do 21 wersów i do 7 słów w wersie – długość wiersza nie dyskwalifikuje go, spowoduje jednak konieczność wykorzystania jedynie fragmentu, w przypadku ewentualnego drukowania na afiszu.

· Prace zostaną ocenione przez Jury powołane przez organizatorów.

· Organizatorzy nie zwracają prac i zastrzegają sobie możliwość nieodpłatnego wykorzystania utworów w celach promocji i publikacji.

· Wyróżnione wiersze zostaną wydrukowane w tomiku pokonkursowym i na afiszach, umieszczonych w miejscach publicznych, jak: urzędy, ośrodki kultury, środki komunikacji.

Autorzy zostaną powiadomieni o wynikach konkursu i zaproszeni na uroczyste jego zakończenie, które nastąpi w kwietniu 2011 roku, o czym uczestnicy zostaną powiadomieni drogą e-mail; informacja będzie też dostępna na stronie www.mbplp.lodz.pl

· Zgłoszenie wiersza do konkursu jest równoznaczne z oświadczeniem, że jest to utwór własny, nie publikowany i nie nagradzany w innych konkursach. Jest także wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych autora pracy w celach promocyjnych Konkursu.

Termin i miejsce składania prac:
Prace należy składać do dnia 28 marca 2011 r. na jeden z podanych adresów:

· Miejska Biblioteka Publiczna

Łódź-Polesie

90-631 Łódź; ul. A. Struga 33

· Miejska Biblioteka Publiczna

Łódź-Polesie Filia nr 15

94-224 Łódź; ul. Garnizonowa 38

· Bałucki Ośrodek Kultury „Rondo”

91-027 Łódź; ul. Limanowskiego 166

Informacje

o konkursie można uzyskać

pod numerami telefonu:

42 637-30-37

42 611-24-98

42 651-50-30 w. 16

Listopad-29-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

ABRA

.

Na przystanku autobusowym wciąż przybywało czekających pasażerów a autobus nie nadjeżdżał. Był wczesny zimowy wieczór. Cieniutka warstewka śniegu skrzyła się na trawnikach. Robiło się coraz zimniej i ciemniej, a autobusu ani śladu. Obłoczki pary unosiły się z ust kobiety trzymającej wózek, starej babci w przekrzywionej peruce przyciśniętej wełnianą opaską, pana z brodą, jakiegoś dziecka stojącego samotnie, elegancko ubranego jegomościa, śmierdzącego żebraka i moich. Autobusu nadal nie było. Doszła jeszcze dziewczyna ze skrzypcami, kibic w kapturze i szczupły chłopak z gołą głową. Wszyscy przytupywali i mruczeli pod nosem.

Babcia w przekrzywionej peruce tupnęła parę razy energiczniej, okręciła się dookoła własnej osi, podskoczyła i krzyknęła ABRA! Mimo woli dodałam cicho KADABRA, bo w tym momencie wynurzył się zza zakrętu autobus. Wyglądało to po prostu na czary, w które tak naprawdę nie bardzo wierzyłam.

Ponieważ każdy miał serdecznie dość czekania ludzie przepychali się aby wsiąść do pojazdu, który i tak był już bardzo przepełniony. Kibic omal nie stratował żebraka, dziewczyna zdarła babci opaskę futerałem od skrzypiec, a peruka trzymała się już tylko na słowie honoru. Dziecko zostało dosłownie wniesione między dwoma panami, a chłopak z gołą głową wcisnął mnie na wózek kobiety. Miałam poobijane nogi i podarte rajtuzy, ale wreszcie jechaliśmy.

Autobus właśnie zbliżał się do tunelu, kiedy zaczęło się jakieś zamieszanie. To babci w peruce jakimś cudem udało się zatupać, obrócić, podskoczyć i znów krzyknąć ABRA! Znów odruchowo dodałam KADABRA i wtedy zgasły światła. Czarny autobus gnał przez czarny tunel, a cisza w nim była jak makiem zasiał.

Nagle autobus stanął. Nie odczuliśmy hamowania, bo po prostu zamarł w bezruchu. Rozległ się rechot babci w peruce, który w tej ciszy zabrzmiał jak dudnienie grzmotu. W tunelu zaczęły pojawiać się języki ognia. Pomarańczowo-żółto-czerwone cienie tańczyły po twarzach przerażonych pasażerów. Robiło się ciepło. Coraz cieplej. Gorąco.

Pośrodku autobusu znikąd wyrósł najprawdziwszy diabeł. Na głowie miał rogi, a między nimi przekrzywioną kędzierzawą peruczkę. Kiedy się dyskretnie rozejrzałam oczywiście nie zobaczyłam babci, ale usłyszałam diabelskie ABRA i jak zwykle dodałam KADABRA. Na każdym z pasażerów dzięki zaklęciu pojawił się inny strój. Diabeł przemawiał, pokazując widłami kolejne osoby:

Ty będziesz kelnerem. Przez pięć lat będziesz usługiwał ludziom, bo zawsze lekceważyłeś tych, którzy pomagali, sam nigdy tego nie czyniąc.

Ty będziesz kucharką. Całe życie grymasiłaś, nic ci nie smakowało.

Ty będziesz dozorcą, bo śmieciłeś, mazałeś po murach i naśmiewałeś się z ciecia, który po tobie sprzątał i pomstując szukał miotły schowanej przez ciebie.

Diabeł dalej wymieniał kolejne kary, a ja się pociłam ze strachu i gorąca. Miałam teraz na sobie długą suknię z białym kołnierzykiem i włosy uczesane w kok. Okazało się, że za pychę przy próbach pisarskich zostałam ukarana pięcioletnim stażem jako krytyk literacki w epoce pozytywizmu. Będę musiała znosić męskie przytyki i wyśmiewanie moich umiejętności z pokorą, gdyż takie były czasy – kobieta nie miała prawa mieć swojego zdania i wchodzić do świata mężczyzn.

Diabeł zakończył wyliczankę i podsumował: za pięć lat spotykamy się wszyscy w tym tunelu. Przepustkę do nieba dostaną tylko ci, którzy zasłużą. Kto się nie poprawi zostaje u nas.

W tunelu i w autobusie znów zapłonęły jasne światła, a pasażerowie ubrani byli zupełnie zwyczajnie. Babcia w peruce uśmiechała się tajemniczo i coś szeptała do siebie. Ja pchałam się w kierunku wyjścia i myślałam: sen, czy nie sen? Na próbę powiedziałam cichutko ABRA. Nikt mi nie odpowiedział.

ABRA II – dokończenie

Stałam zamyślona na przystanku przestępując z nogi na nogę. Jak zwykle marzły mi stopy. Autobusu oczywiście nie było. Moją uwagę przykuła postać starszej kobiety w przekrzywionej peruce przyciśniętej opaską. Jej widok przypomniał zdarzenia sprzed pięciu lat, które zupełnie uleciały mi z głowy. Rozejrzałam się zaciekawiona. Tak, to był ten sam komplet pasażerów. Kątem oka obserwując babcię wyglądałam autobusu. Sytuacja się powtórzyła. Podskoczyła, zakręciła się i wrzasnęła ABRA. Dodałam KADABRA już wsiadając do zatłoczonego pojazdu. Babci opaska wisiała na futerale od skrzypiec, ja w podartych rajtuzach tkwiłam na wózku kobiety, panowie ściskali dziecko, a kibic tratował żebraka. Ruszyliśmy. Nie spuszczałam babci z oka i kiedy zbliżaliśmy się do tunelu bez zdziwienia i strachu usłyszałam kolejne ABRA, dodałam KADABRA i światła zgasły. Autobus znieruchomiał w zupełnej ciszy. Zgodnie z moimi przewidywaniami pojawił się ogień, a babka zmieniła się w diabła. Do twarzy mu w tych kędziorach – pomyślałam – a może do pyska? Zauważyłam błysk humoru w czarnych oczkach. Znał drań moje myśli! Odezwę się, a co mi tam. Przecież to tylko sen.

- Diable, nasza umowa jest nieważna. Byłam w tym czasie ekspedientką, opiekunką, bukieciarką. Nie byłam krytykiem – powiedziałam.

Diabeł spojrzał spode łba, a mnie zachciało się śmiać. Ludzi wtedy jakby ktoś odczarował, jeden przez drugiego zaczęli mówić, że robili zupełnie co innego, niż nakazał czart. Zrobił się straszny harmider, bo nawet diabeł nie opanuje zdenerwowanych pasażerów w autobusie. „A idźcie wszyscy do diabła” – krzyknął w końcu i zabłysły światła. Znów wróciliśmy do tunelu, a babcia w peruce puściła do mnie oczko. ABRA KADABRA – sen, czy nie sen?

Sierpień-19-10

JOLANTA MIŚKIEWICZ

posted by Agnieszka

***

BYŁAM OPIEKUNKĄ

JOLANTA MIŚKIEWICZ

2006

Jest to opis wyrywkowy, nie obrazujący całości systemu opieki nad chorymi. Dane personalne występujących osób nie są zgodne ze stanem faktycznym. Zbieżność przytoczonych zachowań, sytuacji i imion jest przypadkowa. Za identyfikowanie się osób z bohaterami autor nie ponosi odpowiedzialności. Lektura przeznaczona jest dla osób powyżej 16-go roku życia

PODZIĘKOWANIE DLA MOJEGO SYNA

KTÓRY SŁUŻYŁ MI POMOCĄ

I WSPARCIEM

LIPIEC 1994 r.

Nie mogłam wprost uwierzyć, że wreszcie zaczyna się mój pierwszy dzień pracy po długich i bezowocnych poszukiwaniach. Kiedy szłam na rozmowy wstępne okazywało się, że nikt nie potrzebuje sekretarki władającej tylko jednym językiem obcym, bez znajomości komputera. Nikt nie chciał ekspedientki, która nie potrafiła obsługiwać kasy fiskalnej, technika ekonomisty i bukieciarki, która kilka lat nie miała do czynienia z wyuczonym zawodem. Dodatkowym minusem był mój wiek – czterdziestolatki są dobre w serialu telewizyjnym, nie w życiu. Nie wspominam już o nogach, które na pewno nie sięgają do samej szyi.

Obiecano mi zatrudnienie w Domu Pomocy Społecznej Dla Dzieci Upośledzonych. Denerwowałam się bardzo, bo był to krok w nieznane. Nigdy nie miałam do czynienia z chorymi psychicznie i bardzo się ich bałam. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Społeczeństwo jest niedoinformowane lub poinformowane błędnie na temat takich osób. Zbyt mało mówi się i pisze na ten temat w środkach masowego przekazu. Gdyby informacje były tak obszerne i tak częste jak na temat np. alkoholizmu czy narkomanii wiele osób zmieniłoby swój stosunek do chorych.

Oferowano mi pracę pokojowej, którą przyjęłam z dużą wdzięcznością. Zakres obowiązków jest bardzo podobny do obowiązków salowej w każdym innym szpitalu.

Aby podpisać umowę musiałam przepracować kilka próbnych godzin. Podekscytowana, trochę przestraszona i zarazem pełna nadziei przekroczyłam bramę Domu. Zobaczyłam spacerujących kilku mężczyzn i kobietę. Wcale nie były to dzieci. Niektórzy przystawali obok mnie grzecznie pozdrawiając lub pytając po co przyszłam. Odetchnęłam z ulgą, że byli tacy zwyczajni. Sama nie wiem, czy spodziewałam się rozwianych włosów i błysku szaleństwa w oku? Zaraz jednak znów wstrzymałam oddech, kiedy podszedł do mnie jeden z mężczyzn i śmiejąc się zamruczał:

- brrrm, brrrrm…

Po chwili zrozumiałam, że chodzi mu o samochód i najuprzejmiej jak potrafiłam powiedziałam, że nie mam samochodu. Wtedy on podał mi długopis, który zaraz wyrwał mi z ręki i odszedł gniewnie mamrocząc. Znów odzyskałam oddech, kiedy przyszła po mnie przełożona. Opowiedziałam jej o zajściu. Roześmiała się i wytłumaczyła:

- Mieszkańcy, którzy samodzielnie chodzą po terenie nazywani są rezydentami. Są oni najstarsi w domu i raczej niegroźni. Zwracamy się do nich po imieniu, a nie „proszę pani, pana”.

Siostra przełożona zaprowadziła mnie do budynku, do grupy II. Moją wprowadzającą tzn. tak jakby nauczycielką zawodu jest dziewczyna, która pracuje tu już kilkanaście lat. Jest zadziwiająco cierpliwa i miła. Nie denerwuje jej moja niewiedza. Na imię ma Ela. Po kilku minutach przebywania na grupie zaczęłam płakać. Nie dlatego, że praca okazała się bardzo ciężka i brudna, ale nad losem mieszkańców Domu. Tak bardzo jest mi ich żal. Roztkliwiam się nad chłopcem wyglądającym na jakieś 7-8 lat, który siedzi związany w kaftanie. Ma ładne, falujące blond włoski, szare oczy i pięknie wykrojone usta. Pytam opiekunek:

- Dlaczego taki miły chłopczyk siedzi związany?

- Zaraz pani pokażę, co on potrafi – odpowiada opiekunka.

- Nie, dziękuję – wycofuje się znów lekko przerażona, ale ona

zdążyła go odwiązać i odskoczyć w porę. Chłopak, jak się później dowiedziałam już siedemnastoletni wczepił się paznokciami w moją bluzkę i sycząc obnażył zęby długie i ostre jak kły. Dużą trudność sprawiło opiekunom oderwanie go ode mnie i ponowne związanie. Zrozumiałam, że była to konieczność podyktowana względami bezpieczeństwa. Bardzo się go przestraszyłam i jednocześnie było mi go żal. Opiekunki wyjaśniły mi, że kiedy nie był związany robił krzywdę innym dzieciom (tak nazywają tu wszystkich mieszkańców Domu) – drapał, kopał i gryzł jak zwierzątko. Ela opowiada mi, że pensjonariusze są w różnym wieku. Najmłodszy ma czternaście, a najstarszy czterdzieści siedem lat, ale wszystkich nazywają tu dziećmi. Oni właśnie tak się zachowują i tak są traktowani.

Jeden z chłopców nie rusza się prawie wcale, nie mówi, nie widzi i nie słyszy. Inny porusza się bardzo niewiele, a przy zmianie pampersów lub przebieraniu, kąpaniu sztywnieją mu wszystkie mięśnie i potrzebne są dwie opiekunki, aby udało się to zrobić.

Po kilku godzinach ścielenia łóżek, odkurzania, froterowania, mycia łazienek i ubikacji jestem bardzo zmęczona fizycznie. Bolą mnie ręce i nogi. Wózki z posiłkami zdają się ważyć tonę, ale nie to jest najgorsze. Wyczerpanie psychiczne jest chyba jeszcze większe. Powykręcane, zniekształcone kończyny, powykrzywiane buzię, zaciśnięte lub krzyczące bez związku usta, oczy które nie widzą lub są szalone. Większość z nich nie zdaje sobie sprawy ze swojego stanu, ale są tacy, którzy dużo wiedzą i rozumieją. Rozmawiałam dużo później z jedną z rezydentek – Janią, która przepięknie malowała.

- Janiu, może namalowałabyś coś dla mnie?

- Mam dużo pracy, a mało materiałów – odpowiada. – Widzisz pani jak nie mogę wyjść i sobie kupić, a one tylko obiecują. Nie mogę i jeść przestać, a bym chciała, bo się w sukienki nie mieszczę i co mam ubrać?

- Nie martw się. Mnie też jest ciężko schudnąć, a materiały do twoich prac w końcu muszą się znaleźć – odpowiadam bez przekonania, bo wiem, jak ciężka jest sytuacja finansowa Domu.

Dzieci mają małą styczność ze światem zewnętrznym. Rodziców albo wcale nie ma, albo są chorzy jak dzieci i przebywają w innych zakładach. Nawiasem mówiąc ktoś powinien zainteresować się tym problemem, aby ludzie bardzo chorzy umysłowo nie płodzili następnych chorych. Ich życie bywa naprawdę ciężki i smutne, chyba, że nie zdają oni sobie z tego sprawy. Normalni rodzice upośledzonych dzieci nie przyjeżdżają do nich – ułożyli sobie życie bez nich. Rzadko który ojciec, czy matka ma tyle poczucia obowiązku i miłości, aby odwiedzać chore dziecko w zakładzie zamkniętym.

Jednak zdecydowałam się pracować tutaj i to właśnie bezpośrednio z nimi. Chciałabym zostać opiekunką kiedy tylko pojawi się taka możliwość. Mam odpowiednie wykształcenie, niestety na razie nie ma etatów. Tymczasem będę sprzątać ich nieczystości, zmywać, szorować, dźwigać, byle tylko znaleźć chwilę, aby być bliżej nich. Może stwierdzenie, że ich pokochałam byłoby przesadą, ale w moich odczuciach na pewno więcej jest właśnie miłości i smutku, niż upokarzającej litości. Są tacy pracownicy i praktykanci, którzy się z nich śmieją, inni są obojętni, są i tacy, którzy boją się chorych cały czas, jak ja na początku. Są również tacy, którzy celowo i bezlitośnie wyrządzają im krzywdę. O tym, jak postanowiłam ich chronić i sprawić życie znośniejszym napisze w następnych rozdziałach.

Luty-15-10

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Monolog z moją Matką – rozdział trzynasty – Ania

*

Babcia Nurkowska , kobieta korpulentna, ja trochę jestem do Niej podobna, na szczęście nie łącznie z wagą, bo ważyła ponad sto kilo, lubiła zjeść i gotować. Do wszystkiego co możliwe dolewała octu. Pamiętam jak kiedyś przyjechała do nas do Łodzi na jakiś czas i zajęła się gotowaniem. Mieszkaliśmy w jednym pokoju takiego ogromnego, wspólnego mieszkania. Całe mieszkanie miało chyba ponad trzysta metrów, my mieszkaliśmy w pokoju, który miał prawie sześćdziesiąt metrów, wspólna kuchnia i łazienka. Babcia gotowała, a my nie mogliśmy tego jeść, bo potrafiła dolać pół paczki smalcu do mielonych kotletów. Moja Mama chorowała na woreczek żółciowy i ledwo to znosiła. Babcia zresztą z powodu tej diety także ciężko chorowała i pewnego dnia serce odmówiło posłuszeństwa. Babcia Nurkowska, była to typowa babcia. Miała włosy spięte w koczek, ciągle coś robiła, wspaniale umiała robić na szydełku, w zadziwiającym tempie. Szydełkowała tak szybko, że prawie nie było widać szydełka. Ale zawsze robiła wszystko większe, bo osoba dla której to robiła z pewnością utyje. Babcia zrobiła kiedyś mojej Mamie czerwoną , przepiękną sukienkę, oczywiście za dużą . Pamiętam skromne mieszkanie, z ogromną szafą, a w niej poukładana bielizna pościelowa, obrusy, wykrochmalone tak , że stały na baczność. Szafa pachniała naftaliną. Babcia miała oddzielnie naszykowane rzeczy, gdyby Babcia miała iść do lekarza, czy do szpitala. Był tam „wyjściowy” biustonosz , pończochy i pasek do pończoch. Stało też tam wielkie łóżko, podwójne, takie małżeńskie. Nie bardzo rozumiałam po co Babci takie wielkie łóżko, skoro mieszkała sama. My mieliśmy jakieś takie nowoczesne tapczany, gdzie właściwie jak się dobrze człowiek przekręcił w nocy to mógł wylądować na podłodze. Daleko zresztą nie było, bo te tapczaniki były niezwykle niskie. U Babci też było tremo, na którego skrzydłach wisiały korale, a w wazonikach stały sztuczne kwiaty. Okrągły stół był przykryty szydełkową serwetą, którą zrobiła Babcia. Wszędzie zresztą były wspaniałe serwetki, wykrochmalone. W oknie wisiały szydełkowe firanki, które dawało się do ramowania. A pościel i obrusy po każdym praniu trzeba było, przed zaniesieniem do magla powyciągać. Babcia Nurkowska bez przerwy coś robiła, nie umiała usiąść i nic nie robić. W kuchni przez, którą się wchodziło do pokoju, stało wiadro z wodą, miska i oddzielne wiadro z pomyjami. Mimo, że Babcia mieszkała w Piotrkowie nie było tam kanalizacji, jedynie sławojka na podwórku , rynsztok i studnia do wody z taką naciskaną rączką. Jeszcze takie studnie spotyka się czasami. Nie lubiłam chodzić do tej ubikacji, zapach był okropny i bałam się strasznie tych robaków. Babcia się nad dziećmi litowała i korzystaliśmy z wiaderka w domu. Stało też wiadro z węglem. Nad kuchnią, pod którą palił się ogień, wisiał lniany woreczek z suszonymi jabłkami i gruszkami, pachniało drożdżowym ciastem z kruszonką, takim prawdziwym, co odchodziło od ręki. Stały też balony jeden z wiśniami, drugi z malinami na sok. Babcia potem te wiśnie po odlaniu soku zalewała spirytusem, kiedyś podobno wysypała wiśnie na podwórko i zjadły je kury. Były zalane w trupa, leżały do góry nogami z rozpostartymi skrzydłami. U Babci Nurkowskiej stała  maszyna do szycia. Babcia dorabiała do tej swojej biednej emerytury krawiectwem. Szyła płaszcze damskie, ciężkie ze sztywnikami w ramionach i na piersi, miały taki specyficzny krój z patką z tyłu, były na watolinie i najczęściej w kolorze butelkowej zieleni, wiśniowe lub fioletowe. Kiedyś Babcia zobaczyła klientkę przez okno i kazała mojej Mamie powiedzieć, że jest chora, nie zrobiła bowiem roboty na czas. Niewiele myśląc wskoczyła w ubraniu i butach do łóżka , pod pierzynę. Klientka tak się przejęła chorobą Babci, że na drugi dzień przyniosła jej zupę w słoiku. Babcia wspaniale haftowała, mam jeszcze obrus wyhaftowany przez Nią. Była naprawdę wspaniała w tym co robiła, z tego co wiem haftowała ornaty i obrusy na Ołtarz do Kościoła Bernardynów złotem. Nie zdążyła mnie tego nauczyć. Nauczyła mnie robić na szydełku i stawiać kabały. Nie stawiam kart, bo chyba nauczyła mnie całkiem nieźle i te moje wróżby się spełniały, a nie chcę by kogoś życie zależało od kart postawionych przeze mnie. Bardzo miło wspominam tę Babcie. Była to ciepła osoba, czasem pewnie naiwna, ale dobrotliwa. Lubiła chyba moją Mamę, mówiła do niej Krysia. Dziś widzę, że była to bardzo dzielna kobieta, wychowała sześcioro dzieci, dołożyła starań by były wykształcone. Miała aspiracje, by każde grało na jakimś instrumencie, fortepianie, skrzypcach, gitarze. Pielęgnowała ich talenty plastyczne. Z pewnością bardzo ciężko musiała pracować, prowadziła podobno sklep papierniczy, by zapewnić swoim dzieciom lekcje muzyki. A była wdową po kolejarzu. Dziadek długo chorował, miał prawdopodobnie ciężką astmę. Z Babcią wiąże się jeszcze wiele fajnych anegdotek, postaram się do nich wrócić w dalszej części. Dwie Babcie, dwa światy, odmienne i bardzo trudne do połączenia.

Luty-9-10

Agnieszka Battelli- Monolog z moją Matką.

posted by Agnieszka

***

Monolog z moją Matką – rozdział jedenasty- Walentynki

Kartkę z książki po jej skończeniu, pozostawiłam między stronnicami. Z takimi kartkami jest tak , jak z jakimś banknotem schowanym na wszelki wypadek w książce. Kiedyś taki banknot zostawiłam w książce i zapomniałam o nim. Pewnego dnia, gdy naprawdę był potrzebny, znalazłam i sprawił mi wielką radość. Nie cieszyłabym się z niego tak, gdybym włożyła do portfela, zostałby rozmieniony na drobne i pewnie dziś nie pamiętałabym tego zdarzenia. Tak jest właściwie ze wszystkim co robimy, rozmieniamy czasem nasze życie na drobne i ważne sytuacje umykają nam i nie mają znaczenia. Czy z pewnością nie mają znaczenia? Może to tylko nam się tak wydaje. Gdzieś te wszystkie przypadki sumują się i pewnego dnia wracają do nas w sposób zaskakujący. Taką teorię miała moja Mama i Babcia. Obie uważały, że nie należy się mścić za krzywdę. Komuś wydaje się to głupotą, ale moim zdaniem się sprawdza. Jakoś tak się składa, że udało mi się doświadczyć parę razy takich sytuacji. Zgoda, że na przykład moja Babcia tego już nie widziała, ale los jak to się mówi pokarał później te osoby, które niespecjalnie miłe były dla Babci. Los po pewnym czasie jak się komuś tak nieźle zbierze, wyręcza nas w tym karaniu. Tak też jest z dobrymi uczynkami. Kartka w książce zawsze będzie mi przypominać Mamę, strony książki , które czytała. Nie wiedziała, że książka kończy się moim imieniem, umarła gdy miała książkę przeczytaną do połowy, ale ja wiem i to mi wystarcza. Tak samo jest z Walentynkami. Co tu kryć jest to święto dość nowe dla nas, kojarzące się z komercją w takim złym znaczeniu, że tylko dla kasy, ale znowu jak kupię jakąś kartkę i wyślę, to może kilka osób będzie miało z czego żyć, tak globalnie. Moja Mama ostentacyjnie wyśmiewała to święto, ale bardzo lubiła dostawać ode mnie walentynki, cieszyła się i czekała na te życzenia, tak jak na życzenia na Dzień Matki. Kiedyś dostała walentynkę od Taty swojej znajomej. Była już w wieku, w którym nam się wydaje, że miłość takich osób nie dotyczy, ale….. Nie mówiła tego tak bezpośrednio, trochę była zażenowana, ale wiedziałam , że bardzo wielką radość sprawiła Jej ta walentynka. Wkrótce ten Pan zmarł i mojej Mamie było bardzo przykro. Myślę, że ta walentynka spowodowała, że moja Mama inaczej zobaczyła świat. Nie oczyma starości, ale na ten jeden piękny moment zaświeciło słońce, przypomniała sobie bowiem, że miłość to bardzo piękne uczucie i nie jest zarezerwowane dla ludzi młodych, ale wystarczy pozwolić jej wejść do naszych serc. Za oknem mróz. Moja Mama nie lubiła mrozu i pewnie, gdyby żyła byłaby teraz w Berlinie, bo u mnie byłoby Jej zbyt zimno. Opowiadałabym Jej o tym ,że już wkrótce wiosna, bo ptaki ćwierkają w parku, a one nigdy co do wiosny się nie mylą. Gdyby żyła kupiłabym piękną kartkę walentynkową i wysłałabym mojej Mamie, bo nie umiem przestać Jej kochać i mam nadzieję, że nigdy tego się nie nauczę.