Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us

Archive for Styczeń, 2010

***

Przygody Gniotka na drodze ku Oświeceniu

Obudziłem się z dziwnym przeczuciem. Otworzyłem okno i zobaczyłem błysk. Z nieba stoczyła się ognista kula, zawirowała, pełgając na ścianie ognikami i znikła… Znikła tak, po prostu, dematerializując się w środku pokoju… Jedynym śladem był intensywny zapach perfum.. Czyżby świetlana energia była kobietą?

Tego dnia poszedłem do sklepu, by kupić bułkę, oraz dwa plasterki szynki parmezańskiej. Nie powodziło mi się zbyt dobrze, ale wolałem zjeść dobre śniadanko, niezbyt obfite co prawda, ale smaczne… Gdy przegryzałem pieczywo, popijając herbatą przed oczami pojawiła mi się półprzezroczysta twarz… Takiej piękności jeszcze nie widziałem… Przynajmniej w tym życiu… Sam nie wiem, czy wierzyć w teorię reinkarnacji, ale wiele rzeczy znalazłoby tutaj wytłumaczenie. Ot chociażby kwestia talentu… To, co mozolnie ćwiczone w jednej egzystencji objawia się jako talent niewiadomego pochodzenia w drugim życiu. Może i istnieją dobre duchy, które nam darowują łatwość w jakiejś dziedzinie, ot chociażby w nauce języka obcego, ale ja wolę moją teorię. Jest bardziej przekonywująca… Oczywiście, że wierzę w Boga, ale On raczej w sprawy ziemskie się nie miesza, zostawiając nam noszenie ciężaru na własnych barkach.. A gdy już kogoś osobiście obdarzy jakąś nadnaturalną mocą, jak na przykład Samsona, to wynikają z tego same kłopoty. Ludzi bowiem irytuje coś, co od nich samych nie pochodzi. Muszą, jak to twierdzi Zygmunt Freud przejść okres buntu przed Nieznanym, by później wywyższyć Tajemnicę…

Tej nocy spałem niespokojnie. Budziłem się co chwilę i zapisywałem sny. Mógłbym oczywiście poczekać do rana i narysować je wszystkie razem, ale notatki na żywo są zawsze bardziej autentyczne, kiedy to jeszcze energia śnienia nie wyparowała. Mówię dosłownie… Tego zdarzenia nie zapomnę nigdy. Gdy wolno się budziłem, to istniałem równolegle w dwóch stanach świadomości – jedna była snem, który rozwijał się dalej, niczym scenariusz, który musi doczekać swojej puenty, a druga – całkowicie obudzoną świadomością. Otwarte oczy patrzyły ze zdziwieniem na zewnętrzny świat, a ja bawiłem się. Wracałem do kuli, wewnątrz której rozgrywała się akcja snu, to znów wychodziłem z niej i obserwowałem całą czasoprzestrzeń podświadomości z dużą, wręcz naukową uwagą… Taaaak, to była bez wątpienia przygoda cztero, ba nawet pięciowymiarowości czasoprzestrzeni. Gdy znajdowałem się wewnątrz tamtej niewielkiej kuli to przestrzeń wydawała się nieskończona, widziana z zewnątrz była niewielką, ograniczoną bryłą… Dokładnie nie pamiętam, co mi się śniło – scenografią były niekończące się rzędy uliczek, wśród których kluczyłem, idąc ciągle przed siebie. Uwagę zwracała na siebie ornamentyka gzymsów, z widocznymi wpływami kultury celtyckiej. Wydawało mi się, że pojawia się cyklicznie motyw Cernunnusa, bóstwa z rogami jelenia siedzącego ze skrzyżowanymi nogami w pozycji Buddy…. Wtedy postanowiłem zająć się poważnie medytacją, bo kto wie, może ten archetyp dotrze w końcu także do mojej ciemnej osobowości? Nie, żebym był czarnym charakterem, ale co do swojej świętości nie miałem złudzeń – bez wątpienia byłem nieoświeconym Gniotkiem, jak mnie złośliwie nazywano w szkole…

- I cóż tam dzisiaj dobrego? – spytała Pani sklepowa.

- Śniła mi się Pani – odpowiedziałem z nutą uwodzicielską.

- Pan to zawsze taki miły. Ale kwiatów to nie kupi nigdy – dodała.

- Narzeczona byłaby zazdrosna. A kwiatki – poważny symbol…

Gdy kobieta usłyszała niejasne pojęcie, tylko wykrzywiła się i usłyszałem jej szept:

- Lepiej byś, kolego zabrał się do rzeczy, a nie obrażał kobietę…

- Cóż to Pani mówi? – zapytałem ze śmiechem.

- Jesteś Pan prostakiem – zakończyła ze złością.

Zawsze, gdy czuję złość, to mam poczucie obowiązku naprawienia moich nieporadności. Dlatego wybiegłem ze sklepu, po czym wróciłem z malutką różą…

- Panie Zenku – odpowiedziała, ale postanowiła utrzymać dystans.

- Niech Pan tylko nie myśli sobie…

- Myślenie to moja ulubiona czynność…

- Wiedziałam – intelektualista. Tacy to tylko do papierkowej roboty. W ogóle nie rozumieją kobiet…

Poczułem nagle, że sprawy nabierają jałowego obrotu. Postanowiłem wycofać się rakiem…

- Pani Marto, tak więc życzę miłego dnia i…

- Ja to w ogóle nie lubię niezdecydowanych. Facet powinien wiedzieć czego chce – tym razem mówiła ze złością…

- Do widzenia – wyszedłem, bo poczułem, jak energia mnie opuszcza, a i ona nie wydawała się być zbytnio zadowolona…

Chodziłem po ulicach, przyglądając się przechodzącym kobietom. Wtedy, wiem to już na pewno ładuję akumulatory. Czasem, gdy zobaczę, że kobieta wpada w moje sidła, to pytam się o godzinę.

- Bardzo przepraszam, która jest godzina?

- Jeszcze wcześnie, ja mam czas – słyszę uwodzicielski głos.

- Jaki ładny zegarek. A jak pasuje do rączki – uśmiecham się, a chuć dosłownie parowała ze mnie.

- Pan chyba nie potrafi wyczuć dystansu! – prawie krzyknęła.

Po czym odchodząc, obróciła się i dodała:

- No to buziaczki.

Stałem oniemiały. Szczerze, niczego więcej nie chciałem, tak więc uznałem incydent za dość budujący…

Po powrocie do domu usiadłem w moim ulubionym, bujanym fotelu, który odziedziczyłem dawno temu…

- A teraz pomyślimy sobie o sensie życia…

- Na cóż te rozważania, lepiej by określić własną drogę. A później, gdy już będę wiedział, czego chcę, będę zdążał do celu…

- Ale ze mnie osioł – szepnąłem, gdy poczułem swąd spalenizny. To moja kapusta się przypaliła…

Obiad jadłem sam. Całe szczęście, bo jestem czuły na punkcie pochlebstw kulinarnych. Nikt by mnie przecież nie pochwalił za niezbyt aromatyczny bigos…

Nagle usłyszałem dźwięk telefonu. Zaskoczony, podniosłem słuchawkę, bo kto by tu dzwonił i to w porze posiłku. Wszyscy znajomi przecież wiedzieli, że to czas dla mnie uświęcony tym nieznaczącym, skądinąd rytuałem…

- Halo, pan Zenek Bobrowicz?

- Kim pan jest? – spytałem oschle.

- Należę do grona pańskich przyjaciół. Powiem więcej – krewnych…

- Poznałbym wszystkich po głosie, proszę sobie nie żartować. Chyba, że to wujek Diego z Argentyny! Ten obcy akcent…

- Może być, że z Argentyny. Ale przejdźmy do istoty sprawy. Potrzebuję twojej pomocy, Zenku…

- To proszę zadzwonić po posiłku – stwierdziłem nieco przestraszony…

- Tak, czyż nie przyjemniej jest rozmawiać, niźli spożywać w samotności przypalony bigos?

- Cooo? Skąd wiesz? Kim jesteś? No chyba, że to Janusz. Tak, ten twój talent aktorski…

- Cha, cha. Smród czuć aż w moim oknie – odpowiedział sąsiad, po czym dodał:

- A u mnie imprezka. Co ty na to?

Rad, nierad poszedłem do Janusza. Przypomniałem sobie, że to przecież jego imieniny, tak więc wymówić się nie mogłem. Choć ostatnio unikałem alkoholu, nie wypadało zjawić się z pustymi rękami. Gdy już przekroczyłem próg z butelką Smirnoffa, stanąłem oniemiały. Przy stole siedziały… pani Marta i nieznajoma, którą ostatnio zaczepiłem na ulicy…

- Ooo, jak miło znów widzieć– powiedziały równocześnie…

- To wy się znacie? – spytał z nutką obłudy Janusz…

- Przecież wiesz, że pani Marta pracuje niedaleko – odparłem zażenowany.

- A skąd znasz Mirkę – kpił w żywe oczy kolega.

- Co do incydentu na ulicy, to wszystko mi powiedziała – dodał ze śmiechem…

- Ale skąd pani wiedziała, że tu przyjdę…

- Zenek, czy już mnie nie pamiętasz? – spytała z wyrzutem kobieta.

Wtedy olśniło mnie. Przecież Mirka mieszkała niedaleko, tyle, że w czasach dzieciństwa. Nawet podkochiwaliśmy się w sobie…

- Wiesz, wypiękniałaś – dodałem…

- A ty ciągle taki sam. Szarmancki, choć nie urosłeś od czasów młodzieńczych. Tyle, że dziś napoleoński wzrost to już nie ułomność…

Stałem zażenowany, bo nie wiedziałem, co powiedzieć pani Marcie, która patrzyła się na mnie z przymilnym uśmiechem. Oczywiście, wtedy otworzyły się drzwi i pojawiła się w nich Alicja, moja narzeczona…

Czego to się nie nasłuchałem! Okazało się, że Mirka była także przyjaciółką Alicji…

- Tylko pomyśl, jak ja się muszę czuć! – wykrzyknęła Alicja.

- Kochanie, przecież ja tylko tak, dla lepszej energii – wyszeptałem przez ściśnięte szczęki.

- Taak, długo rozmawiałyśmy o tobie. Nienaprawialny Gniot. Niepoprawny, dwulicowy… A te twoje bajki o Oświeceniu to tylko parawan, za którym…

- Kochanie – przerwałem jej poważnym tonem. – Nie raz ci mówiłem o drodze tantry i jej szalonym adepcie Drukpa-Kunleyu. On nawet poszedł dalej, bo uprawiał seks prawie ze wszystkimi napotkanymi kobietami. Ale zawsze przyświecał mu jeden cel – wielkie, kosmiczne współczucie i chęć niesienia pomocy. Niejedna osiągnęła dzięki niemu Oś…

- Ty ośle. Porykując sobie ośmieszasz nie tylko siebie… – zakończyła Alicja.

Wtedy pomyślałem sobie, że ezoteryczne praktyki w moim wydaniu były co nieco chybione…

Pomimo początkowego nieporozumienia impreza zaczęła się wolno rozkręcać. Wiadomo – efekt rozgrzania alkoholem. Oczywiście zapragnąłem zatańczyć, na początku z Alicją…

- Kochanie, chyba ci wybaczę – powiedziała przytulając się do mnie.

- Wiesz, z tymi erotycznymi tantrami to rzeczywiście nieco przesadziłem. Teraz, i mówię to po kieliszku istniejesz tylko ty, Alicjo…

- Odbijany – usłyszałem słodki głos Mirki…

- Nie… – próbowałem oponować.

Naprawdę nie miałem ochoty na żadną inną. Przynajmniej w tym momencie…

- Ależ kochanie, nie wypada odmówić mojej koleżance – Alicja uśmiechała się przymilnie.

- Ja wolę zrobić przerwę na kieliszek mocniejszego – jeszcze próbowałem zrobić unik, gdy znalazłem się w uścisku Mirki…

Jednak wbrew moim intencjom i na przekór rozsądkowi, zaczęło mi się robić słodko. Czułem całe ciało młodej kobiety, które lgnęło do mnie z zaufaniem… Nie wiedziałem, co dalej czynić… Postanowiłem porozmawiać:

- Czy wiesz, że…

- Wiem, Gniotku, wiem i czuję to, że mnie pragniesz – przerwała…

- Ale ja chciałem…

- Ja też tego chcę – wtedy poczułem jej rękę…

- Usiądźmy – zaoponowałem i oderwałem się od lekko już pijanej dziewczyny…

- No to pańskie zdrowie – tym razem wzniosła toast pani Marta…

Poczułem wypieki na twarzy. Alkohol zrobił swoje, a ja, lekko bełkocząc powiedziałem:

- Wypijmy brudzia…

Po czym, jak to jest w zwyczaju mieliśmy się pocałować. Musnęliśmy się ustami i już miałem pójść o krok dalej, gdy usłyszałem wesoły głos mojej Alicji:

- Na krok cię nie można zostawić, Gniotku, byś czegoś nie zbroił… Teraz, jak już się rozgrzałeś, to zatańcz ze mną…

Po mocnym przytulaniu obydwoje nabraliśmy ochoty. Na szczęście moje mieszkanie było o dwa kroki, więc biegiem zaciągnąłem Alicję do siebie…

Rano obudziłem się nieco obolały, ale szczęśliwy. Zaparzyłem kawę i ściskając moją narzeczoną za rękę powiedziałem:

- Jest nam z sobą tak dobrze!

Wtedy usłyszeliśmy dzwonek. Włożyłem szlafrok i uchyliłem drzwi…

Styczeń-26-10

Marek Łukaszewicz

posted by Agnieszka

***

Po

co

M

Y

Ś

L

E

Ć

bezmyślność

przyjaźniejsza

środowisku

Styczeń-26-10

Janusz Berner – CENTAURO

posted by Agnieszka

***

„WSPOMNIENIE”

Zerwałem kolejną kartkę

z kalendarza wspomnień.

Kropla rosy, przytulona cicho

do źdźbła trawy parowała powoli

muskana przez promień słońca,

niczym spragnieni kochankowie

- jak my przed laty.

Zniknęła? – nie, zasiliła obłok

zawieszony w dalekiej przestrzeni,

by wrócić ponownie w postaci kropli deszczu

- jak Ty.

Łódź – 12 stycznia 2010 r.; 10 p.m.

Styczeń-21-10

Andrzej Jekiel – CENTAURO

posted by Agnieszka

***

Poniżej umieszczam teksty Andrzeja Jekiela. Nasz kolega nie nadaje tytułów swoim tekstom , a jedynie numery. Umieszczam kilka ze zbioru ” O ŁKS-ie” i ze zbioru „Tam gdzie rodzą się marzenia Nigdy nie umiera miłość”.

Andrzej Jekiel ze zbioru „O ŁKS-ie „

*

9792

Często mówiono mi nie chodź tam

I tak nie wygrają

A ja ubieram się na czarno i widzę same gwiazdy

Podobno to tylko jupitery

A ja widzę kosmos radości

Natchniony każdą strzeloną bramką

*

9794

Zbyt proste aby ująć rozumem

Pozorny paradoks nie przynoszący chluby

Jednak oczywistość nie kłamie

Nadejdą lepsze czasy i będziemy się

Cieszyć z samych zwycięstw

*

9802

Zwyciężać ale w uczciwej walce

Zawsze grać twardo i nieustępliwie

Tego od was oczekują kibice

A łąki całego wszechświata

Będą biły nam brawo

*

9816

Tam skąd pochodzę sprawdzają się sny o potędze

Mam duszę urodzonego wojownika

Dlatego trzeba walczyć do samego końca

Powtarzam jeszcze raz

Nie ma straconych bramek

Wszystkie są do odrobienia

Prędzej czy później

*

ze zbioru „Tam gdzie rodzą się marzenia Nigdy nie umiera miłość”.

*

23.09.2008

*

9051

Ciężkie czasy dla błędnych rycerzy

Ani strawy ani wódki

Ale kobiety nas kochają mimo że o tym nie wiedzą

Wstał świt zajaśniał dzień

Kolejny do wypełnienia

*

9052

Wreszcie oddech po morderczym wysiłku

Przecież napisałeś tylko wiersz odpowiada Bóg

Tak tylko że on nie był ostatni

*

9053

Książka to książka mogą być wulgaryzmy i zobaczy świat

Ale poezja powinna być nieskazitelnie czysta

Odkąd zmądrzałem

Szanuję ją jak chyba nikt inny

*

9054

Tańcząc na moście białe tango samotnie i bez skrupułów

Wchłaniam pewną kobietę

To nic że tutaj już się prawdopodobnie nie spotkamy

Ale po drugiej stronie będę na ciebie czekał

Jestem przecież dużo starszy

A nadzieja która umiera ostatnia

Zapłonie

*

9058

Tam z reguły hasają koniki polne

Lubię ich towarzystwo więc często je odwiedzam

Wreszcie jestem wolny szepczą mi do ucha

Tak bardzo was kocham odpowiadam uroczyście

Styczeń-20-10

Marek Łukaszewicz

posted by Agnieszka

***

Po poniedziałkowym spotkaniu z Markiem Łukaszewiczem otrzymałam tekst , który z przyjemnością umieszczam na stronie.

*

Mistrz słowa!

Gdy szczery,
pokrywa się śniedzią
zwątpienia.
Bywa, że lewituje nad płytkami
chodnika
balonem nadętym.
Naoliwiając
tryby orzekające i
warunkowe
staje się używką,
której mało kto pragnie.
Styczeń-19-10

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Rozdział dziewiąty. Monolog z moją Matką. Zima.

Świat pokrył śnieg. Nie piszę niczego nadzwyczajnego, wystarczy wyjrzeć przez okno, by zobaczyć wszędzie śnieg. Ot co zima, a wraz z nią słychać utyskiwanie, kiedy ta zima się skończy? Cały rok czekamy na zimę. Myślimy o świętach w białej szacie. Wszyscy chcemy usiąść przy stołach , a za oknem romantyczne płatki śniegu niczym z amerykańskiego filmu. Kochamy bajki. Bo w tym czasie chyba krasnoludki powinny posprzątać śnieg z chodników i jezdni. To nie mogą być ludzie, siedzą przy świątecznych stołach. A może to powinna być jakaś druga zmiana ludzi z innego wymiaru, którzy święta mają w innym terminie i nie są akurat na urlopie. Zawsze słyszę o jakiś „onych”. Męczy mnie to. Nikt z nas nie przygotowuje się do zimy. Pamiętam jak moi Rodzice przygotowywali się do zimy.Moja Mama chociaż muszę powiedzieć, że niezbyt chętnie robiła latem przetwory. Pamiętam jak biegałyśmy w poszukiwaniu słoików, gumek i sprężynek. Czasem udawało się kupić ten deficytowy towar w Sulejowie w tzw. Gieesie. Przy okazji tych wędrówek rowerem, wąskotorową kolejką, autobusem, na łebka, a czasami Syrenką, w której nigdy nie było wiadomo co wysiądzie; wahacz, koło czy urwie się pasek klinowy, wchodziłyśmy do księgarni. Były tam istne cuda. Trafiały się książki, których nie można było kupić w Piotrkowie. Babcia moja miała swoją półkę w księgarni i ta półka potrafiła rujnować domowy budżet Babci. We mnie też jest taka niepohamowana chęć kupowania książek. A co do jazdy dzisiaj kultową Syrenką, pojechaliśmy kiedyś na wycieczkę do wapienników koło Sulejowa. Biały wapienny pył wdzierał się wszędzie, jechaliśmy z zamkniętymi oknami a tu trach. Urwała się linka gazu. Tata przywiązał sznurek do cięgła pod maską, prowadził samochód a Mama z ręką przez okno dodawała gazu ciągnąc za ten sznurek. Nie pamiętam jak wyglądaliśmy po powrocie do domu, ale pewnie jak dzieci młynarza. Rozgadałam sięa miałam napisać o przygotowaniach do zimy. No to te słoiki ogórki, kompoty, dżemy i powidła śliwkowe. Czasem to się przypalało, pleśniało, ogórki były jak śmierdzące kapcie, ale nie miało to wpływu na to by nie robić na nowo zapasów w następnym roku. Tata kupował ziemniaki, czasem cebulę, a sąsiedzi kupowali jeszcze kapustę. Przygotowania do zimy obejmowały także kupowanie węgla i patrzenie by nie przywieźli kamieni. Mama usiłowała zrobić jakiś sweter na drutach, czasem Jej to wychodziło, ale bywały i takie przypadki gdy jeden sweterek we wzorki robiła tak długo, że jak skończyła był już na mnie za mały. Tata jak zawsze szykował zimowe ubrania, sobie tylko znanymi sposobami starał się zawsze coś kupić, przerobić tak, że zawsze były to ubrania mające swój unikatowy charakter. Gdzieś na targu Tata kupił mi kożuch , wyczyścił , ufarbował i wyhaftował krzyżykami , mieliśmy także zawsze zrobione wkładki do butów i to nie na ostatnia chwilę, ale wcześniej. Gdy patrzę na swoja przeszłość przez pryzmat tego jak żyli moi Rodzice, jak dbali o dom, wiem jedno, że dzisiaj zatraciliśmy zapobiegliwość, umiejętność przygotowywania czegoś wcześniej. Prezenty kupujemy na ostatnią chwilę i potrzebujemy na to tylko pieniędzy, a we wspomnieniach o Rodzicach nie brak mi pieniędzy tylko konkretnie Mamy i Taty. W takim powierzchownym traktowaniu życia umyka nam bowiem treść.

Styczeń-13-10

Wiesław Kowalski – CENTAURO

posted by Agnieszka

***

W starym pudle są listy .

Pamiątka czyichś myśli

zapisanych na kartkach,

dla niektórych nie warta

nic – ot papieru – skrawek.

Na nim życia kawałek.

Zapisane uczucia, losy

ludzkie życzenia.

zwyczajna sprawa – prosta.

Ślad co z ludzi – pozostał.

Styczeń-9-10

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Rozdział ósmy . Monolog z moją Matką.Paszport.

*

Zaczęłam przeglądać papiery. Taki noworoczny zwyczaj, postanowienie, że zrobię porządek w papierach i będę mieć święty spokój. Ale jak to z tymi noworocznymi postanowieniami, kiepsko jak widać, bo co roku to samo. Przy okazji tych poszukiwań w moje ręce wpadł mi dzienniczek, a właściwie list rzeka, pisany do mojej Mamy przeze mnie, na samym początku Jej emigracji. Mamie pomysł przypadł do gustu, bo miała możliwość wiedzieć coś więcej. W tamtych czasach kolejek po chleb i jakieś byle co do jedzenia, listy szły niezwykle długo. Właściwie wiadomo było tylko kiedy został wysłany, ale kiedy dojdzie była to raczej tajemnica poliszynela. Mógł też nie dojść wcale. Z pewnością ktoś tam musiał przeczytać ten list, gdzieś to odnotować. W takim dzienniczku pisałam o wszystkim, co robiłam, ugotowałam. Takie zapiski mijających dni. Mama podchwyciła pomysł i pisała do mnie taki dzienniczek i drugi do Taty. W świecie współczesnym kontynuowałyśmy nasze pogaduszki przez telefon lub gadu-gadu. Wpisywałyśmy co robimy, czy pijemy właśnie kawę, kiedy wrócimy do domu. W mojej rodzinie zawsze mieliśmy ogromną potrzebę kontaktu. Musieliśmy wiedzieć gdzie kto jest, kiedy wróci, czy jadł obiad. Zawsze wieczorem rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Po wyjeździe Mamy siadałam z Tatą o piątej i piliśmy herbatę. Serwetki jakieś ciasteczka, Ojciec bardzo lubił ten rytuał, a te rozmowy pozwalały pewnie łatwiej znieść przymusową rozłąkę z Mamą. Na Zachodzie zastał Ją bowiem Stan wojenny, a ja z Ojcem przez wiele lat mieliśmy odmawiane wydanie paszportu. Pamiętam nadgorliwość pewnej osoby. W tamtych czasach by otrzymać paszport trzeba było mieć wniosek podpisany przez szkołę do której się uczęszczało. Ten ktoś mi nie podpisał. Po wielu latach chciał mnie przeprosić, ale wtedy już te przeprosiny były psu na budę, paszport miałam w domu. Ta osoba nie wiedziała, że jej nadgorliwość nie miała najmniejszego znaczenia. Paszportu i tak bym nie dostała. Mama była przedstawicielem Rządu Londyńskiego na Westwalię, a Brat głodował pod ambasadą w Bonn. Niemniej niesmak został i nie wiem czyj większy.Wracając do rozmów z moją Mamą, gdy już mogła przyjeżdżać do Polski gadałyśmy godzinami o wszystkim. Bardzo to wkurzało mojego byłego męża. Koniecznie chciał wiedzieć o czym rozmawiamy i czy czegoś chyba nie knujemy. Strasznie się złościł, że mamy taki dobry kontakt. A my właściwie nie wiem o czym rozmawiałyśmy. Pewnie o życiu i śmiałyśmy się . Miałam szczęście, że moja Mama była moją przyjaciółką. Nigdy nie odmówiła mi pomocy, nawet gdy nie było to całkiem po Jej myśli. Zawsze wspominała,że miała żal do swojej Matki, która nie pożyczyła Jej paska do sukienki, jak szła na potańcówkę. Przysięgła sobie wtedy, że sama nigdy nie będzie tak robić.A wracając do mojego paszportu to nie miałabym kłopotu z jego dostaniem gdybym pewnie w wieku 17 lat poszła na współpracę. Nie pamiętam dokładnie jak to było, skąd ten facet się wziął. Ale po czasie domyślam się, że w mojej szkole musiał być jakiś kontakt. Nie wiem kto. Umówił się ze mną w kawiarni, a potem dał mi wezwanie na Milicję na Lutomierską. Zastrzegł tylko bym nie mówiła nic w domu. Ja oczywiście wszystko powiedziałam natychmiast. Było to akurat po tym jak mój Brat wrócił z takich studenckich saksów ze Szwecji. Miał nawet rewizję osobistą i zabrano Mu Dzieła Wszystkie Gombrowicza, które sobie przywiózł. Po wielu latach okazało się, że w Szwecji też był informator. A moja przygoda z UB skończyła się straszną awanturą. Poszła ze mną tam moja Mama, wszyscy udawali, że nic nie wiedzą. Pierwszy paszport otrzymałam dopiero w 1984 roku, czyli po zniesieniu Stanu wojennego. Nie widziałyśmy się trzy lata.

Styczeń-7-10

Agnieszka Battelli – CENTAURO

posted by Agnieszka

***

Upał

*

Kropla upału,

zatrzymała się.

Powoli odbiera

tchnienie.

Zamyka kształt.

Upał staje się.

Łapczywie stygnie

z pragnieniem kwiatów

w wazonie.

Styczeń-7-10

Anna Kowalska – CENTAURO

posted by Agnieszka

***

upał
*
pustynne wilki
biegną po śladach
upalnych myśli

Studnia Pragnień
wybita 
w twardym piasku
umysłu
wrze pożądaniem

upał kładzie się
słoną rosa 
na pustyni czoła

na stole szklanka
zimnej wody
zaczerpniętej
ze Studni Codzienności

chłodny łyk
rozmywa ślady
myśli
pustynne wilki
gubią trop