Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us

Archive for Sierpień, 2010

Sierpień-30-10

JANUSZ JANYST -”Aspekt Polski” 8/2010

posted by Agnieszka
***

Niepotrzebna Rota?

.

W 1908 roku Maria Konopnicka opublikowała w krakowskim miesięczniku „Przodownica” tekst, napisanej prawdopodobnie dużo wcześniej, „Roty” – słynnej później pieśni

patriotycznej. W styczniu1910 roku muzykę do tego tekstu dokomponował Feliks Nowowiejski.

W związku z Rokiem Grunwaldzkim Konopnicka przesłała w lutym tegoż roku swój wiersz również do redakcji chicagowskiej „Gazety Polskiej” nazywając go „rotą przysięgi na wierność Ojczyźnie”. Przysięgę tę wydrukowały zarazem pisma w trzech zaborach.

Nowowiejski muzykę skomponował ponoć w rekordowo krótkim czasie (liczonym na minuty), w trakcie spotkania z dyrygentem chóru krakowskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Prawykonanie utworu przez ten właśnie chór odbyło się po kilkunastu dniach, jednak „wielka premiera” nastąpić miała nieco później, podczas odsłonięcia ufundowanego przez Ignacego Jana Paderewskiego pomnika grunwaldzkiego w Krakowie, 15 lipca 1910 roku. Tym razem „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród…” zaintonował chór 600-osobowy, wyłoniony z kilku tysięcy śpiewaków ze wszystkich zaborów. Zgromadzony na Placu Matejki stutysięczny tłum mógł doświadczyć szczególnej mocy pieśni, która dla wielu pokoleń stać się miała narodowym credo a pretendowała też później do roli hymnu państwowego.

Mamy i obecnie Rok Grunwaldzki. W stulecie powstania „Roty” w wersji słowno-muzycznej – której, tak się złożyło, w bieżącym roku miałem na razie okazję wyłącznie raz posłuchać, i to nie na żadnym koncercie, lecz w kościele, po zakończeniu Mszy, w wykonaniu wiernych – przeprowadziłem prywatną mini ankietę wśród uczniów gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych. Chodziło mi przede wszystkim o zorientowanie się, czy obecna młodzież zna autorów oraz słowa „Roty” – tak ważne dla naszych przodków. I cóż się okazało? Po pierwsze, z kilkanaściorga uczniów tylko część wiedziała, że słowa są autorstwa Konopnickiej, lecz już nikt nie umiał podać nazwiska kompozytora. Po drugie zaś, i najważniejsze, dosłownie nikt nie potrafił przytoczyć całego tekstu choćby tylko pierwszej zwrotki. Może miałem pecha, może grupa nie była reprezentatywna, niemniej obaw co do poziomu edukacji patriotycznej obecnych uczniów, których wypada przecież nazwać „przyszłością narodu”, trudno w tej sytuacji nie mieć. Idę o zakład, że w szkołach częściej dziś rozbrzmiewa hymn Unii Europejskiej, aniżeli ”Rota”. Być może wspólne dzieło Konopnickiej i Nowowiejskiego uważa się już za nieaktualne, niepotrzebne?

À propos. W Gdańsku, pod pretekstem remontu, zdjęto w 2003 roku z wieży zegarowej ratusza carillon grający od ponad 40 lat właśnie Rotę. Zapewniano, że wróci na swoje miejsce, ale było to kłamstwo. W następnym roku polską pieśń zastąpił hymn Unii Europejskiej. Nie pomogły żadne interwencje i protesty. Symbol wierności Ojczyźnie przegrał z miejscowymi biurokratami.

Sierpień-30-10

Latające Babcie

posted by Agnieszka

***

Otrzymałam zawiadomienie od Latających Babć, że jadą podbijać Europę. Jola Miśkiewicz, której wiele tekstów znajduje się na stronie jest jedną z takich Babć, tak więc z przyjemnością umieszczam zapowiedź wydarzenia. Po powrocie czekam na relacje z podróży.:) Agnieszka Battelli.

.

Latające Babcie zaproszone do Parlamentu Europejskiego

.

Wszyscy znacie Latające Babcie – grupę pań piszących bajki i czytających je dzieciom w przedszkolach, Domach Dziecka, Ośrodkach Adaptacyjno – Opiekuńczych. W czerwcu zostały wyróżnione w Gali Wolontariatu, były zaproszone do Belwederu. We wrześniu znów czeka je przygoda – będą babciami światowymi. Zostały zaproszone przez panią poseł Joannę Skrzydlewską do Strasbourga. Zwiedzą Parlament Europejski, Kolonię i Luksemburg. Już ok. 30 września szukajcie relacji o wycieczce.

.

Jolanta Miśkiewicz

Sierpień-30-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Autoportret pięćdziesięciolatki

.

Na zewnątrz mam 50 lat. Moja skóra ma 50 lat, moje włosy też tyle mają. Na domiar złego jestem oględnie mówiąc puszysta. Są tacy, którzy są mniej oględni, ale to nie należy do rzeczy, bo w środku jestem szesnastolatką i to jaką fajną! Mój szesnastoletni charakter znajduje ujście w pisaniu, a moje szesnastoletnie serce jest zakochane po uszy, o ile serce je ma.

Moim największym problemem jest to, że wszyscy traktują mnie jak matronę, wiedzą, co mi wypada, a co nie, w co powinnam się ubrać, co powinnam mówić, jak powinnam się zachowywać. Nienawidzę słowa powinnam. Uwielbiam robić to, czego właśnie absolutnie nie powinnam.

Mam dorosłego syna, który jako jedna z nielicznych osób traktuje mnie tak, jak na to zasługuję, to znaczy po prostu odwrócił role. Sztorcuje mnie czasami jak własne dziecko i zachowuje się jak typowy ojciec, a przecież to ja jestem jego matką! Moja mama z kolei jest oburzona, że mu na to pozwalam. A właściwie dlaczego nie? Jeżeli sprawia mu przyjemność taka forma opieki nade mną, jeżeli wynika to z jego troski o mnie, a mnie nie przeszkadza to pytam: dlaczego nie? Czy tylko dlatego, że nie jest to ogólnie przyjęte? Zostałam wdową w wieku 33 lat z ośmioletnim dzieckiem, które w jakiś dziwny sposób od razu wydoroślało i zaczęło przejmować coraz więcej obowiązków tzw. „głowy domu”. Syn pomagał mi we wszystkim, uczył się nawet gotować. W miarę jak dorastał stawał się coraz bardziej ojcowski, a coraz mniej synowski, zwłaszcza, że jego matka zamiast się starzeć młodniała.

Mając 48 lat poszłam do „szkoły”. Syn znalazł mi warsztaty bajkopisarskie, w których utknęłam całą duszą. Pisałam wcześniej do szuflady, gdyby nie on nie wzięłabym udziału w programie Babcia Nadaje i nie miałabym wydanej pierwszej książeczki. Znów zrobił to, co matka dla dziecka i wiedział, co jest dla mnie najlepsze. W tej chwili kończymy już następny program – Latające Babcie i mam zamiar wziąć udział w kolejnym. Piszę również dla portali internetowych, a on nadal wynajduje dla mnie konkursy w których biorę udział. Byłam najmłodszą z Babć, koleżankom zdarzało się powiedzieć: cicho smarkata, a mnie się to bardzo podobało. Przecież wewnątrz właśnie taka jestem.

Jestem szczęśliwa, że ludziom podobają się moje bajki, wiersze, satyry, że docierają do coraz większej liczby osób, szkoda tylko, że wydawnictwa ich nie chcą, ale nie tracę nadziei, że i na to przyjdzie kolej. Bardzo dobrze czuję się w grupie koleżanek, takich samych zapaleńców (pewnie powinno być zapaleńcówien?) jak ja. Mamy również jednego rodzynka – dla ozdoby. Oczywiście żartuję, że dla ozdoby bo jego bajki i wiersze są bardzo dobre. Piszemy, chodzimy czytać nasze bajki w przedszkolach i domach dziecka i mamy bardzo mało czasu na rozmyślania nad wiekiem każdej z nas. A ja dzięki temu nie mam również czasu na myślenie o moim życiu zawodowym.

Długo byłam bezrobotna, mimo że jestem z wykształcenia ekonomistką i skończyłam różne kursy np.. bukieciarstwo. Kilka stron zajęłoby samo opisanie, jak szukałam pracy. Jako bukieciarka zostałam zatrudniona na początku października któregoś roku, pracowałam po kilkanaście godzin, również w niedziele, aż do Wszystkich Świętych. W połowie listopada nie było już potrzeba dodatkowych pracowników, więc mimo umowy wróciłam do Urzędu Pracy. Albo nie znałam dobrze komputera, albo byłam za stara. Byłam również za młoda, bo akurat potrzebowali rencistów albo niepełnosprawnych. Kiedy dostałam decyzję o lekkiej niepełnosprawności potrzebowali z umiarkowaną, prawdopodobnie z uwagi na większe dopłaty. W końcu uszczęśliwiona, że w ogóle coś mam zostałam opiekunką osób starszych. Jestem z natury troskliwa i miła, oczywiście kiedy mnie nikt nie zaczepia, więc współpraca układa się dobrze, ale jest tak wyczerpująca fizycznie i psychicznie, że uciekam w pisanie kiedy tylko się da. Poza tym pieniądze są śmieszne i w sukurs jak zawsze przychodzi mi mój syn.

Nie mam wsparcia ze strony mamy. Uważa moje pisanie za niepotrzebną stratę czasu, który powinnam bez reszty poświęcać jej. I znów to znienawidzone słowo! Robię dla niej tyle ile mogę, pomagamy oboje, ale dla niej to i tak za mało. Należy ona do osób, którym zawsze wiatr w oczy, a wszystkiemu jest winien zły los i inni ludzie. Akurat nad tym wątkiem nie będę się rozwodzić, ale byłoby mi bardzo miło gdyby i mama była ze mnie dumna, gdyby i jej podobało się to co piszę. Nikt nie lubi lekceważenia rzeczy, w które wkłada tak wiele serca.

No właśnie, doszliśmy i do serca. Dzięki niemu powstawały i powstają wiersze, które naprawdę się podobają. Słyszę i czytam komentarze znajomych i nieznajomych. Dostaję wyróżnienia i nagrody w konkursach na bajki i poezje. Zawsze najpierw nie mogę uwierzyć, że właśnie ja, a potem tańczę po pokoju i słyszę od mamy pytanie kiedy wreszcie dorosnę. Mam nadzieję, że nigdy.

Byłam przerażona, kiedy zbliżały się pięćdziesiąte urodziny. Martwiłam się, że może od razu stanę się stara i zacznę zachowywać się jak babcia, którą dzięki Bogu jeszcze mnie syn nie zrobił, w głowie mi dudniło, że przekroczę piąty krzyżyk i zacznę szósty, a kiedy obudziłam się w dniu tych strasznych urodzin byłam dokładnie taka sama! Zwariowana, roztrzepana, romantyczna, a nawet nadal puszysta. W myśl obowiązujących kanonów powinnam się zmienić w zasuszoną, zgorzkniałą kobietę, która wie, co powinna, a przed nią już tylko z górki. A tu niespodzianka! Jestem, jaka jestem. Raz z górki, raz pod górkę, jak to w życiu. Nadal robię duże głupstwa i małe głupstewka, nadal szukam pracy, nadal mam marzenia i kieruję się sercem zamiast głową. Co ja poradzę, że akurat ten narząd jest u mnie najważniejszy. Inne opiekunki mają godziny od do, ja nie. Mam czas pogadać przez telefon z podopiecznymi, mam czas podjechać w sobotę po południu, kiedy wnuki nie mają czasu, a dziadek boi się sam wezwać pogotowie i chce, żeby ktoś z nim był. Mam czas odwiedzać ich, kiedy są w szpitalu. Mam czas na moją „szkołę” – tak nazywam warsztaty i na pisanie i na miłość. Mam również czas na gotowanie i pieczenie i uwielbiam to robić. U mnie maksyma „przez żołądek do serca” sprawdza się w stu procentach. Najmniej czasu mam na sprzątanie. Trochę dlatego, że mam sunię, po której można sto razy sprzątnąć i jest ta sama sierść na dywanie, podłodze i wersalce, trochę dlatego że jest to moje najmniej ulubione zajęcie, trochę za dużo sprzątania jest u podopiecznych. Uważam też, że dom jest dla ludzi, a nie ludzie dla domu i nawet jak nie można „jeść z podłogi” i „przejrzeć się w parkiecie” to zawsze można jeść z talerza i przejrzeć się w lustrze. Nie jestem ideałem i już! Jest jeszcze coś, co umiem i lubię robić – praca z modeliną i drapanki zamiast pisanek. Z modeliny robię stwory i stworki, zwierzątka, kwiaty i postaci z bajek. Natomiast na jajkach wydrapuję igłą, nożem, pilniczkiem przeróżne wzory, życzenia, wierszyki, zajączki, baranki i bazie. Dla rodziny, dla znajomych, dla przyjemności i żeby było miło. Lubię jak jest miło, ludzie są dla siebie uprzejmi. Nie znoszę kłamstwa. Sama nigdy tego nie robię. Jeżeli muszę coś ukryć to po prostu o tym nie mówię i o dziwo! Umiem dotrzymać sekretu, mimo,że jestem wielką gadułą. Napisałam, że lubię, jak jest miło i że jestem łagodna z natury. To wszystko prawda, ale zalety niweczy ogromna wada – upór. Jeżeli uważam, że mam rację potrafię prowadzić dyskusję do upadłego i nic mnie nie przekona. Właściwie, to nawet lubię się kłócić wtedy, kiedy wiem, że nikogo nie obrażam, a przeciwnik nie ma racji. Dochodzi wtedy do głosu ta gorsza strona mojej natury, a że jestem spod znaku Bliźniąt, więc nietrudno zgadnąć że potrafię być nieprzewidywalna. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Obojętnie, czy miałam lat szesnaście, czy mam pięćdziesiąt moje zachowanie i charakter nie uległy zmianom. To nieprawda, że ludzie się zmieniają. Może, kiedy zmieniają się warunki rodzinne, sytuacja społeczna czy zawodowa ludzie się po prostu przystosowują, ale w głębi duszy pozostają tacy sami i gdy tylko jest to możliwe wskakują w starą skórę.

Było już o charakterze, zamiłowaniach, miłości więc przyszedł czas na zdrówko. Mój brat mawia, że jak skończysz pięćdziesiątkę i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz. Ja jednak mam trochę inne zdanie. Owszem tu mnie boli, tam mnie strzyka i pokasłuję, zwłaszcza, że o zgrozo! Palę. Ale na wszystko jest lekarstwo. Wystarczy się zakochać, a jeżeli już jesteśmy w długoletnim związku, to trochę go „podrasować” i wszystko przechodzi. Drogie pięćdziesiątki! Jeżeli chcecie być silne i zdrowe to nie tylko jedzcie owoce i warzywa, ale „ćwiczcie na drążku” – najlepsza recepta na zdrowie i dobry humor, jaką ktokolwiek wymyślił. Ja nie zgaduję, ja wiem! Kocham jak szesnastka!

Teraz troszkę o tym, co zostawiłam na koniec, jako zagadnienie najmniej ważne. Wiecie już na pewno, że pieniądze szczęścia nie dają, ale co nieco mieć by się przydało. Mogę śmiało stwierdzić, że jestem po prostu biedna. Bardzo często muszę sobie czegoś odmawiać, żeby starczyło na coś innego, ważniejszego. Zdarza się i tak, że nie starcza mi nawet na to najważniejsze, wtedy pożyczam. Jak pożyczę, muszę oddać, a jak oddam znów nie mam i kółko się zamyka, a jednak nigdy nie płakałam z powodu pieniędzy. Nawet jak długi przerosły moje wyobrażenia zamieniłam mieszkanie na mniejsze, chwytałam się przeróżnych prac dorywczych, pracowałam w przeróżnych zawodach. Wszystko to składa się na rozdziały książki zwanej życiem. Nie warto martwić się brakiem pieniędzy, skoro nie przymieram głodem. Po prostu warto pamiętać, że zawsze jest jakieś jutro, raz gorsze raz lepsze. Nigdy nie byłam pesymistką, według mnie wiara czyni cuda i góry przenosi więc trzeba wierzyć, że jutro będzie lepiej.

Jednak to jeszcze nie koniec, bo opisałam tylko jak widzi mnie syn i mama. A jak widzą znajomi, jak widzi mój ukochany? A tak samo. Widocznie swoim zachowaniem tak długo uświadamiałam wszystkim, że jestem nastolatką, a nie pięćdziesiątką, że niemal uwierzyli. Zawsze zostaje jakiś niedowiarek, więc stąd to niemal. Ale myślę, że z czasem i mama będzie tak zmęczona przekonywaniem mnie co powinnam, że się podda, bo ja jestem bardziej uparta.

I znowu końca nie widać, bo jakimś cudem umknęło mi opisanie mojej wiary w bajki, wróżki, karty, przepowiednie. Niektóre z pań pukają się w głowę, a ja pytam co to komu szkodzi? Dobre wróżby mi się spełniają, o złych zapominam, a gdybym nie wierzyła w to, co piszę cóż warte byłyby takie bajki, komu by się spodobały liryki? Gdybym nie wierzyła w magię to czy zakochałabym się w wieku pięćdziesięciu lat i to do utraty tchu? Zresztą, tą pięćdziesiątkę mam tylko na papierze, a szesnastkę w duszy, sercu i charakterze, więc może wcale nie powinnam napisać tego autoportretu?

Sierpień-24-10

Zenon Cydzik

posted by Agnieszka

***

Marsz przez Europę

.

Europa – ropa – opa – Wzwyż

Europ – „eureka” rzadki krzyk

metalu dźwięk

Euro – Bóg – szereg bryk, bryka śmierci

Świat wzwyż. Zenit. Niż.

Do Bugu krok

Krokusów kurtyna w kolorze

Boginka spadła w Madrycie

Nie żyje byk!

Paro paruj, dmij ostatkiem sił

Tuman tumani pustkę.

Europa – PUREE.

Sierpień-24-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Twój zapach

Zatrzymaj się jeszcze chwilę!

Nie możesz… Zamykam drzwi.

Twój zapach mam wciąż na sobie.

Upłynie wiele dni

zanim poczuję go znów.

I Twój wspaniały smak…

A jednak będą ze mną

na jawie i we snach.

Czuje Twe ręce na piersiach

i Ciebie między udami.

Zamykam oczy na chwilę -

Twój obraz pod powiekami…

Dać rozkosz chcesz i potrafisz,

ale więcej nic…

Znów więc posłusznie i cicho

zamknę za Tobą drzwi.

Sierpień-22-10

Magda Cybulska – CENTAURO

posted by Agnieszka

***

Coraz mniej dróg prowadzących donikąd

po obu stronach wędrowały jesiony wyniosłe

nad dachem liści słońce przechodziło

z lewej strony na prawą

ciężko tocząc pod górę dzień

horyzont był jak pajęcza nić

rozwieszona między konarami

spróbuj może ją zerwiesz

coraz mniej dróg prowadzących donikąd

żaden obcy kamień

nie wybiegnie nam na spotkanie

Sierpień-22-10

Magda Cybulska – CENTAURO

posted by Agnieszka

***

Letni erotyk

.

Nad nami trawy

pod nami trawy

niebo ma miękką skórę

mówisz że pachnę chabrami

twoje usta mają smak malin

wyjmujesz z moich włosów białe obłoki

rozbierasz mnie z lata

nie lubię być naga gdy trzmiel patrzy

ciało dzikiej gruszy jest takie samotne

już nie przytuli się do śpiącego wiatru

nad nami trawy

pod nami trawy

jakbyśmy byli ziarnkami piasku

Sierpień-19-10

JOLANTA MIŚKIEWICZ

posted by Agnieszka

***

BYŁAM OPIEKUNKĄ

JOLANTA MIŚKIEWICZ

2006

Jest to opis wyrywkowy, nie obrazujący całości systemu opieki nad chorymi. Dane personalne występujących osób nie są zgodne ze stanem faktycznym. Zbieżność przytoczonych zachowań, sytuacji i imion jest przypadkowa. Za identyfikowanie się osób z bohaterami autor nie ponosi odpowiedzialności. Lektura przeznaczona jest dla osób powyżej 16-go roku życia

PODZIĘKOWANIE DLA MOJEGO SYNA

KTÓRY SŁUŻYŁ MI POMOCĄ

I WSPARCIEM

LIPIEC 1994 r.

Nie mogłam wprost uwierzyć, że wreszcie zaczyna się mój pierwszy dzień pracy po długich i bezowocnych poszukiwaniach. Kiedy szłam na rozmowy wstępne okazywało się, że nikt nie potrzebuje sekretarki władającej tylko jednym językiem obcym, bez znajomości komputera. Nikt nie chciał ekspedientki, która nie potrafiła obsługiwać kasy fiskalnej, technika ekonomisty i bukieciarki, która kilka lat nie miała do czynienia z wyuczonym zawodem. Dodatkowym minusem był mój wiek – czterdziestolatki są dobre w serialu telewizyjnym, nie w życiu. Nie wspominam już o nogach, które na pewno nie sięgają do samej szyi.

Obiecano mi zatrudnienie w Domu Pomocy Społecznej Dla Dzieci Upośledzonych. Denerwowałam się bardzo, bo był to krok w nieznane. Nigdy nie miałam do czynienia z chorymi psychicznie i bardzo się ich bałam. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Społeczeństwo jest niedoinformowane lub poinformowane błędnie na temat takich osób. Zbyt mało mówi się i pisze na ten temat w środkach masowego przekazu. Gdyby informacje były tak obszerne i tak częste jak na temat np. alkoholizmu czy narkomanii wiele osób zmieniłoby swój stosunek do chorych.

Oferowano mi pracę pokojowej, którą przyjęłam z dużą wdzięcznością. Zakres obowiązków jest bardzo podobny do obowiązków salowej w każdym innym szpitalu.

Aby podpisać umowę musiałam przepracować kilka próbnych godzin. Podekscytowana, trochę przestraszona i zarazem pełna nadziei przekroczyłam bramę Domu. Zobaczyłam spacerujących kilku mężczyzn i kobietę. Wcale nie były to dzieci. Niektórzy przystawali obok mnie grzecznie pozdrawiając lub pytając po co przyszłam. Odetchnęłam z ulgą, że byli tacy zwyczajni. Sama nie wiem, czy spodziewałam się rozwianych włosów i błysku szaleństwa w oku? Zaraz jednak znów wstrzymałam oddech, kiedy podszedł do mnie jeden z mężczyzn i śmiejąc się zamruczał:

- brrrm, brrrrm…

Po chwili zrozumiałam, że chodzi mu o samochód i najuprzejmiej jak potrafiłam powiedziałam, że nie mam samochodu. Wtedy on podał mi długopis, który zaraz wyrwał mi z ręki i odszedł gniewnie mamrocząc. Znów odzyskałam oddech, kiedy przyszła po mnie przełożona. Opowiedziałam jej o zajściu. Roześmiała się i wytłumaczyła:

- Mieszkańcy, którzy samodzielnie chodzą po terenie nazywani są rezydentami. Są oni najstarsi w domu i raczej niegroźni. Zwracamy się do nich po imieniu, a nie „proszę pani, pana”.

Siostra przełożona zaprowadziła mnie do budynku, do grupy II. Moją wprowadzającą tzn. tak jakby nauczycielką zawodu jest dziewczyna, która pracuje tu już kilkanaście lat. Jest zadziwiająco cierpliwa i miła. Nie denerwuje jej moja niewiedza. Na imię ma Ela. Po kilku minutach przebywania na grupie zaczęłam płakać. Nie dlatego, że praca okazała się bardzo ciężka i brudna, ale nad losem mieszkańców Domu. Tak bardzo jest mi ich żal. Roztkliwiam się nad chłopcem wyglądającym na jakieś 7-8 lat, który siedzi związany w kaftanie. Ma ładne, falujące blond włoski, szare oczy i pięknie wykrojone usta. Pytam opiekunek:

- Dlaczego taki miły chłopczyk siedzi związany?

- Zaraz pani pokażę, co on potrafi – odpowiada opiekunka.

- Nie, dziękuję – wycofuje się znów lekko przerażona, ale ona

zdążyła go odwiązać i odskoczyć w porę. Chłopak, jak się później dowiedziałam już siedemnastoletni wczepił się paznokciami w moją bluzkę i sycząc obnażył zęby długie i ostre jak kły. Dużą trudność sprawiło opiekunom oderwanie go ode mnie i ponowne związanie. Zrozumiałam, że była to konieczność podyktowana względami bezpieczeństwa. Bardzo się go przestraszyłam i jednocześnie było mi go żal. Opiekunki wyjaśniły mi, że kiedy nie był związany robił krzywdę innym dzieciom (tak nazywają tu wszystkich mieszkańców Domu) – drapał, kopał i gryzł jak zwierzątko. Ela opowiada mi, że pensjonariusze są w różnym wieku. Najmłodszy ma czternaście, a najstarszy czterdzieści siedem lat, ale wszystkich nazywają tu dziećmi. Oni właśnie tak się zachowują i tak są traktowani.

Jeden z chłopców nie rusza się prawie wcale, nie mówi, nie widzi i nie słyszy. Inny porusza się bardzo niewiele, a przy zmianie pampersów lub przebieraniu, kąpaniu sztywnieją mu wszystkie mięśnie i potrzebne są dwie opiekunki, aby udało się to zrobić.

Po kilku godzinach ścielenia łóżek, odkurzania, froterowania, mycia łazienek i ubikacji jestem bardzo zmęczona fizycznie. Bolą mnie ręce i nogi. Wózki z posiłkami zdają się ważyć tonę, ale nie to jest najgorsze. Wyczerpanie psychiczne jest chyba jeszcze większe. Powykręcane, zniekształcone kończyny, powykrzywiane buzię, zaciśnięte lub krzyczące bez związku usta, oczy które nie widzą lub są szalone. Większość z nich nie zdaje sobie sprawy ze swojego stanu, ale są tacy, którzy dużo wiedzą i rozumieją. Rozmawiałam dużo później z jedną z rezydentek – Janią, która przepięknie malowała.

- Janiu, może namalowałabyś coś dla mnie?

- Mam dużo pracy, a mało materiałów – odpowiada. – Widzisz pani jak nie mogę wyjść i sobie kupić, a one tylko obiecują. Nie mogę i jeść przestać, a bym chciała, bo się w sukienki nie mieszczę i co mam ubrać?

- Nie martw się. Mnie też jest ciężko schudnąć, a materiały do twoich prac w końcu muszą się znaleźć – odpowiadam bez przekonania, bo wiem, jak ciężka jest sytuacja finansowa Domu.

Dzieci mają małą styczność ze światem zewnętrznym. Rodziców albo wcale nie ma, albo są chorzy jak dzieci i przebywają w innych zakładach. Nawiasem mówiąc ktoś powinien zainteresować się tym problemem, aby ludzie bardzo chorzy umysłowo nie płodzili następnych chorych. Ich życie bywa naprawdę ciężki i smutne, chyba, że nie zdają oni sobie z tego sprawy. Normalni rodzice upośledzonych dzieci nie przyjeżdżają do nich – ułożyli sobie życie bez nich. Rzadko który ojciec, czy matka ma tyle poczucia obowiązku i miłości, aby odwiedzać chore dziecko w zakładzie zamkniętym.

Jednak zdecydowałam się pracować tutaj i to właśnie bezpośrednio z nimi. Chciałabym zostać opiekunką kiedy tylko pojawi się taka możliwość. Mam odpowiednie wykształcenie, niestety na razie nie ma etatów. Tymczasem będę sprzątać ich nieczystości, zmywać, szorować, dźwigać, byle tylko znaleźć chwilę, aby być bliżej nich. Może stwierdzenie, że ich pokochałam byłoby przesadą, ale w moich odczuciach na pewno więcej jest właśnie miłości i smutku, niż upokarzającej litości. Są tacy pracownicy i praktykanci, którzy się z nich śmieją, inni są obojętni, są i tacy, którzy boją się chorych cały czas, jak ja na początku. Są również tacy, którzy celowo i bezlitośnie wyrządzają im krzywdę. O tym, jak postanowiłam ich chronić i sprawić życie znośniejszym napisze w następnych rozdziałach.

Sierpień-15-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Mówisz mi: szczeniaku

.

Mówisz mi: szczeniaku…

Dla Ciebie mogę nim być,

kąsać Cię lekko, figlować

i przytulona śnić.

Mogę języczkiem wylizać

Twe ciało od stóp do głów

pomruczeć Ci z rozkoszy

i wrócić do pieszczot znów.

Mogę czasem warknąć

gdy bardzo zły mam dzień,

lecz nigdy nie naszczekam

i nie ugryzę Cię.

Mów mi więc: szczeniaku

bo znów mam 16 lat

i mogę góry przenosić,

z uśmiechem patrząc na świat.

Sierpień-15-10

Zenon Cydzik

posted by Agnieszka

***

Obrazek z Dworca Fabrycznego

.

Peronem życia gnać z rozpaczą

Rozwianą szatą śmieszyć gawiedź

Mądry, kto robi to inaczej

Kto bezsens życia umie strawić.

.

Zastygła moja ręka z piórem

Pociąg z nagrodą już odjechał

Czas przywiał znowu myśli bure

Rozterka szydzi ze złym śmiechem.

.

Kochałem Muzę. Była ze mną.

To trwało długie, długie lata

Trochę leciwa, lecz przyjemna

Ja – średniej krajowej, średni matoł.

.

Pisali o tym dawni mędrcy,

że nowe jest starego wrogiem

Zdobyło bastion mój naprędce

Stanęło tuż przed moim progiem…

.

Wiedząc, że wierność nie moje forty

Swatają młodszą, świeżą, b i a ł ą

Znów wiodą, choć posłana w czorty

Znów twierdzą, że jest doskonałą.

.

Jak żyć z istotą niekochaną

Choć ręczy za nią ktoś najmilszy

W swojej mądrości tworzy dramat

Rozdziera duszę wpierw upiwszy.

.

Niegodnie – ranić swoim uporem

Gorzko miłować wbrew swej woli

Niech to co było, będzie wzorem

Nie hańba odejść kiedy boli.