Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us

Archive for Luty, 2011

Luty-23-11

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Tunel i tęcza

.

Czarny tunel.

Idę z wyciągniętymi rękami.

Znajdę.

Wyjście z tunelu.

Jutro.

Czarna mgła się rozjaśni.

Powiesz.

U wylotu

czarnego tunelu rozpaczy

błyszczy tęcza.

Powiedziałeś.



Luty-23-11

Marek Czuku

posted by Agnieszka

***


Emigracja

.
 Gdziekolwiek pójdę
.

Gdziekolwiek pójdę za głosem wołającego
na skrzyżowaniu bram
(niech będzie to Jeruzalem)
otwartych na bezmiar mórz
płynących z obandażowanych białą flagą serc.
.
Gdziekolwiek to znaczy tam,
gdzie zaszczytem jest słuchać nieznajomych,
stawać w pokorny słup soli,
topnieć w imię obcych słońc,
padać łupem w tumulcie krwawiących koni.
.
To naprawdę nie przekracza żadnych granic.
Gdziekolwiek pójdę, tam nie ma granic.
Luty-17-11

Konkurs

posted by Agnieszka

***

Grupa literacka "Centauro" przy O.K. "Górna" (93-138
Łódź, ul. Siedlecka 
1)
ogłasza konkurs literacki tematyczny "Śmierć Pegaza" (na
upadek 
stuletniej księgarni "Pegaz").

Wiersz (wiersze) lub prozę do 2 stron maszynopisu prosimy nadsyłać pod 
godłem na adres grupy
(jw.) z podaniem nazwy konkursu do dn. 21.03.2011r. W dołączonej, 
zaklejonej kopercie oznaczonej
godłem prosimy podać imię, nazwisko, adres, telefon, ew. mail.
Bliższe informacje na poniedziałkowych spotkaniach "Centauro"
(godz. 
17-21).

Grupa literacka "Centauro"
Henryk Zasławski
42-684-66-47
Luty-16-11

Janusz Janyst

posted by Agnieszka

***

Fraszki napisane podczas recitalu Agnieszki Battelli w Salonie Milscha

.

Recital wokalny Battelli Agnieszki
niczym ziarno treściwy – bez plew był domieszki
.
Precyzja, z jaką zagrał Domagała Jarek
przywodziła wprost na myśl szwajcarski zagarek
Luty-14-11

Tomasz Bieszczad

posted by Agnieszka

***

Zimny wychów

Nie dowiesz się nigdy

do czego byłeś zdolny…

(Urszula Kozioł)

Miasto. Które nie jest ani gorsze, ani lepsze od innych. Które szuka siebie, które siebie goni, które przed sobą ucieka. Jego lokatorzy uparli się, by uważać je za „złe”. Prawdopodobnie chcą dzięki temu mieć alibi dla swoich ciężkich grzechów zaniechania.

W tym Mieście poeci. Ale każdy z nich osobno, jak to poeci. Na przykład Andrzej Sawczenko. Ofiara, którą mimochodem, nie narzucając się nikomu, złożył ze swojego straconego życia. Ofiara za mnie i za ciebie, za nasze małostkowe dreptanie w miejscu, wymierzona przeciw samotności i wzgardzie. Oczywiście daremna. Nie tak widowiskowa, jak dumny lot Jana Lechonia z amerykańskiego wieżowca, ale upadek też na pewno bolesny, chociaż rozłożony na raty. Lecz kogo na świecie interesuje nieznany łódzki poeta, pijak nagabywany przez ubeków, autor jednego tomiku wierszy, w dodatku pełnego błędów korektorskich i złożonego mikroskopijnym drukiem dla naprawdę bystrych oczu…? To może Jacek Bieriezin? Autor kilku tomików, gwiazda pierwszej wielkości? Poza tym – jaka ciekawa biografia: permanentny bunt i wieczne pretensje do ustroju sprawiedliwości społecznej. I ten gwałtowny finał, tyle przypadkowy, co logiczny, na autostradzie pod Paryżem. A może Jerzy Waleńczyk? Kiedyś widziałeś go biegnącego przez kanion Piotrkowskiej, z rozwianym włosem i falującymi na wietrze połami starej jesionki. Pamiętasz? Jego przypadkowe, nagłe spojrzenie, a w jego oczach wyrzut, bolesne ukłucie. Pomyślałeś wtedy, co? „Daremność. Odrzucenie. Nieobecność…” Łódzkie słowa-klucze.

Daj spokój! Przecież każdy z nich chyba wiedział, na co się pisze. W „Tym Kraju” los tylko z rzadka uśmiecha się do Poety. Raz na sto lat, na skutek szczęśliwego zbiegu międzynarodowej koniunktury, zdarza się tu spokojne i sensowne Dwudziestolecie między Wielkimi Wojnami. Ulga. Komfort. Poeta może wtedy – w przerwach między układaniem wierszy – pisać piosenki do kabaretu, albo do radia, wymyślać hasła reklamowe, lub noworoczne szopki, korzystać z protekcji Władzy. Ma popularność, szacunek i naprawdę przyzwoite honoraria w przedwojennych złotych. Jeśli coś go razi, to przelane na papier, nabiera – jak u Tuwima – stylu i dystansu:

Jubiluje dzicz pogańska,

Megafony ryczą z mieszkań.

Mnie syrenka horacjańska

Za odległe wzgórze pierzcha.

Na co dzień jest jednak inaczej: kłopoty finansowe i kłopoty z natchnieniem, poczucie niespełnienia, użeranie się z urzędnikami od limitów papieru, dyktatorami polityki kulturalnej. No, i to zbyt częste sięganie po alkohol: bo odczucie numinosum (wzniosłości natury) przychodzi częściej przy barze, niż na łące. Raczej w czasie leczonego rankiem kaca, niż podczas spaceru po parku. Bo, jak pisał Miłosz:

Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów

Ale czyste i dostojne słowa były zakazane.

Gdzieś w głębi podświadomości, podoba ci się to uwikłanie, przyznaj. Można dzięki niemu uporać się z poczuciem winy. Jeżeli w Tym Kraju jest się poetą, trzeba cierpieć umiejętnie. Trzeba kontrolować cierpienie, rozkładać je metodycznie na raty. Mając obowiązek życia w obszarze daremności, trzeba się wykazać maksimum sprytu. Musisz mieć alibi.

Czasem Los doceni. Cierpliwość zostaje nagrodzona. Zdarzy się Super Koniunktura i przyjdzie Odwilż: Można nawet dostać Nobla. Wtedy jest lepiej. Skrzek karłów i demonów trochę przycicha. Na chwilę.

Odwilż trwa jednak zbyt krótko, aby pozostawić trwałe ślady. Przedwiośnie zbyt płynnie przechodzi w Zimę. Przy tak zmiennej pogodzie trudno się odnaleźć. Do głosu dochodzi towarzysz Fatum. Nadzieja okazuje się dziecięcą chorobą naiwności. Karnawał zmienia się w ruską smutę, a zrywy gospodarcze zaczynają służyć zaspokajaniu apetytu towarzysza Fiskusa. Wkrótce dawni koledzy z opozycji podejmą kolejną, całkiem udaną, próbę przekształcenia Odwilży w Republikę Kolesiów. Poezja łagodnie przechodzi w prozę poetycką, ale raczej nudną. Blizny po ukąszeniach heglowskich nie chcą się zagoić.

Ścigając jelenia zapuściłem się daleko w góry

I stamtąd widziałem

Widziałem nieobecność, królestwo przeciw-spełnienia

Karę utraconej na zawsze Obietnicy…

Wszystko powoli wraca do normy. Daremność, fatalizm, fiskalizm, melancholia, demagogia, dominacja, amnezja, amnestia. Gra półsłówek i kalamburów, ulubiona przez nowomodnych poetów, stój Halina, pradziadek przy saniach, maski. Brak powagi. Huśtawka nastrojów. Dlatego twoją specjalnością w żadnym razie nie mogą być wygody, ani sukces. Tylko prowizorka, lęk o jutro, o dzieci. I uparte wbijanie do głowy, że te kruche wysiłki może w każdej chwili zniweczyć jakiś niespełniony artysta, ubek. Albo – w najlepszym razie – były ubek.

Więc – jak tu nie pić? Ależ pić, jasne że pić. Zresztą, jak nie wóda, to zdrada. Jak nie kłamstwo, to rak krtani… Z tym ubekiem trochę przesadziłeś, prawda? Tak, ale trochę: Kraj jest przechodni, przechodzony, leży w amfiladzie. Byle gnojek ma tu swoje tajemnicze szlaki, interesy, które musi ubezpieczać ubekami. Lepiej poczytać Święte Pisma. W nich jest prawie wszystko, czego potrzebuje polski poeta. Św. Jan od Krzyża pisał:

Usiłuj zawsze skłaniać się nie do tego, co smakowite, lecz do tego, co niesmaczne; nie do tego, co wzniosłe i cenne, lecz do tego, co niskie i wzgardzone; nie do tego, aby pragnąć czegoś, lecz do tego, by nie pragnąć niczego; nie szukaj tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych, ale tego, co gorsze.

I dziękuj. Za życie niespełnione, za depresje wstydliwie utajnione, za ludzkie odrzucenie, za Boże Milczenie, za kalekie numinosum, za kłopoty finansowe, za nerwy na wierzchu, za pokusę lotu z okna hotelu, za zdrady doznane, za nagrody samorządowe nie doczekane… Dziękuj urzędnikom od limitów papieru i dyktatorom mód kulturalnych. Dziękuj kapryśnej publiczności. Dziękuj „złemu” miastu. Kim byłbyś bez niego? Nie dowiesz się nigdy do czego byłeś zdolny… Choć od zawsze to wiesz: Jesteś wielki. Jutro zmartwychwstaniesz. Nawet dzisiaj. W jakimś pogardzanym łódzkim teatrze, na jego małej scenie. Ktoś ze sceny poda ci rękę. Wyciągnie z Cienia. Na chwilę. Czy słyszysz te oddechy, te szepty? Słyszysz? Te skąpe brawa? Znów żyjesz. Przez chwilę. Naprawdę. Żyjesz.

(Tekst z programu do spektaklu „Wiersze zmartwychwstałe”

w Teatrze Nowym w Łodzi, premiera: 12 kwietnia 2004)


Luty-14-11

Zapraszam na koncert

posted by Agnieszka
Luty-13-11

„WIKINGOWIE” – wystawa w bibliotece

posted by Agnieszka

***

„WIKINGOWIE” - wystawa w bibliotece. W dniach od 14 do 23 lutego w Filii nr. 15 Biblioteki Publicznej Łódź Polesie (ul. Garnizonowa nr. 38) odbywa się wystawa prac Janusza Andrzeja Bernera, która będzie zakończona żywą lekcją historii, pt. „Wikingowie – prawdziwa historia”, dla uczniów Szkoły Podstawowej nr. 169  (Łódź – Złotno). Eksponaty można oglądać w godzinach urzędowania placówki:

pon. 11 – 16

wt. 9 – 17

śr. – pt. 12 – 17

Luty-13-11

Janusz Andrzej Berner

posted by Agnieszka

***

„SKRZYPEK NA DACHU”

- „FIDDLER ON THE ROOF”

.

„Fiddler on the Roof”

- taki przydomek mam

więc wchodzę z skrzypcami na dach

i na nich namiętnie gram.

.

Czasami kaprys mam,

że ciągle na dachu gram,

słuchają mojej gry

mieszkańcy z całej wsi.

.

A w Anatewce, a w Anatewce,

powoli płynie czas

- musi to przyznać, musi to przyznać,

musi każdy z Was.

.

Gdy stoję na dachu i gram

to lęk wysokości mam,

melodię mą niesie w świat

szumiący w kominie wiatr.

.

Niekiedy zdarza się,

a przecież gram jak z nut,

że ręce bolą mnie

i czuję drżenie nóg.

.

A w Anatewce, a w Anatewce,

tak słodko płynie czas

- musi to przyznać, musi to przyznać,

musi każdy z Was.

.

Janusz Andrzej Berner

Łódź: 13 lutego 2011r. 1.57 p. m.

.

„Fiddler on the Roof” – „Skrzypek na dachu”. Piękne melodie, wspaniałe teksty. Doszedłem do wniosku, że należy powiedzieć coś o tytułowym bohaterze – skrzypku i odpowiedzieć na nurtujące Wszystkich pytanie, dlaczego grał … na dachu? Potraktowałem temat z przymrużeniem oka. W załączeniu chwyty gitarowe: C; f C; C; f C; ref. C; C; f; f C;

.

Obszerniejszy tekst na stronie www.lodzkiwiking.pl

Luty-10-11

Janusz Janyst

posted by Agnieszka

„Pomysłodawca” Dłuski

W Łodzi przez rok (a ściśle sezon kulturalny 2009/2010) funkcjonował „Bar drogi mlecznej”, będący autorskim pomysłem Agnieszki Battelli – śpiewającej poetki związanej z grupą „Centauro”. W autentycznym barze mlecznym „Smakosz” przy ul. Andrzeja Struga raz w miesiącu odbywały się spotkania poetyckie, na które przychodzili zainteresowani poezją łodzianie, przede wszystkim ci, którzy chcieli przeczytać własne wiersze, limeryki, fraszki, zasięgnąć porady, także zaśpiewać poetyckie piosenki z akompaniamentem gitary. Inicjatywa odbiła się szerokim echem, komentowana była w prasie, internecie, szczególnie, że jej podsumowaniem stała się publikacja almanachu z utworami wybranymi spośród tych, które prezentowane były w trakcie spotkań przez ich uczestników. Każdy, kto interesuje się poezją może i w tej chwili zajrzeć na stronę www.poetika.pl, by dowiedzieć się szczegółów.

Agnieszka Battelli uznała, że po roku formuła biesiad wyczerpała się, ale to przecież tylko jej prywatne zdanie. Cykl mógłby być z powodzeniem kontynuowany, np. gdyby żył Witold Knychalski. Ten umocowany politycznie po lewej stronie „lodzermensch” (jak go określono w jednym z artykułów) przywłaszczył sobie pomysł Łódzkiego Towarzystwa Muzycznego, które od 1999 roku organizowało przez trzy sezony festiwal „Kultury dawnej Łodzi” poświęcony czterem, dominującym w tym mieście, kulturom. Jego „grupa”, dysponująca dużymi finansami z budżetu centralnego, wywarła nacisk na mniemające takich pieniędzy ŁTM, by zaniechało kontynuowania wspomnianej inicjatywy i z pomocą usłużnych mediów liberalnych i polskojęzycznych ogłosiła w roku 2002, że Knychalski jest pomysłodawcą imprezy pod nazwą „Festiwal dialogu czterech kultur”. Media, chwalące przedtem za ideę i jej realizację ŁTM, już więcej o stowarzyszeniu nie wspomniały, promując nowego „pomysłodawcę”. Tenże zaś mógłby teraz, na takiej samej co przedtem zasadzie, „wymyślić” poetyckie spotkania w barze, a gdyby ktoś miał wątpliwości co do oryginalności jego przedsięwzięcia, red. Małgorzata Karbowiak na pewno pospieszyłaby z wyjaśnieniem, że ta oryginalność jest niepodważalna, bowiem u Knychalskiego pączki, którymi się częstuje przybyłych, są z budyniem, a nie jak u Battelli, z marmoladą.

Cóż, Knychalski odszedł w zaświaty, działalność łódzkiego „Smakosza” przy ul. Andrzeja Struga znów nie wykracza poza karmienie mieszkańców miasta naleśnikami, pierogami leniwymi i kartoflanymi plackami. Okazuje się jednak, że są poza Łodzią ludzie, którzy nie mogli pozwolić na to, by cenna idea zmarnowała się, nawet, gdyby miała być zastosowana metoda zbliżona do użytej przez Knychalskiego.

W barze w centrum Rzeszowa poeta, literaturoznawca i nauczyciel akademicki w tamtejszym Instytucie Filologii Polskiej, Stanisław Dłuski, urządza od niedawna poetyckie spotkania udzielając adeptom porad. O „swojej inicjatywie” poinformował w rozlepionych na mieście plakatach. W internecie tłumaczy: „ – Doszedłem do wniosku, że równie dobrym, choć może niekonwencjonalnym, miejscem może być bar. Przychodzą osoby w różnym wieku. Są studenci, emeryci, ludzie w średnim wieku. Należy pamiętać, że wiersze pojawiają się w różnym okresie życia. Poezja nie ma cezury wieku.”

Styl tej wypowiedzi, oparty na repetytywności, a w szczególności sformułowanie „wiersze pojawiają się w różnym okresie życia” to dowód wysokiego profesjonalizmu poety oraz literaturoznawcy. Stanisławowi Dłuskiemu należą się jednak przede wszystkim wyrazy uznania za to, że w swoim ośrodku akademickim popiera zarówno poezję, jak i gastronomię. A że jego „pomysł” ma cechy plagiatu? Któż by się takim drobiazgiem przejmował w czasach, gdy również na uczelniach plagiaty naukowe stają się powoli chlebem powszednim, można powiedzieć, wygodną metodą postępowania.

Janusz Janyst

Luty-6-11

Magda Cybulska

posted by Agnieszka

***

Nie dzielisz ze mną bezsenności

wybierasz się sam w daleką podróż

zgasiłeś lampkę

teraz przez okno wpada miasto

w innych mieszkaniach pali się jeszcze noc

ekrany oddychają pełną piersią

tli się czyjeś życie i papieros w popielniczce

kran otrząsa z siebie

krople z wieczornej kąpieli

nie dzielisz ze mną bezsenności

dlatego musisz odejść