Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us

Archive for Lipiec, 2011

***

Koniec Smakosza. Zamykają najsłynniejszy bar mleczny

Michał Frąk

źródło : gazeta.pl

Nie będzie już leniwych za 5,50 i kapuśniaku z prażokami. Najsłynniejszy łódzki bar mleczny Smakosz, na którym wychowały się całe pokolenia łodzian, po ponad 40 latach zamyka się.

Starsi łodzianie pamiętają jeszcze, jak za czasów głębokiej komuny przy ul. Struga 7 przed barem mlecznym Smakosz zawijała się długa kolejka. Jolanta Dewińska pracuje tam od 26 lat, a od 12 prowadzi lokal. Wcześniej robiła to jej mama. Jadwiga Sala od 30 lat codziennie gotowała dla głodnych klientów. Z 14-osobowej załogi zostały tylko one dwie, a Smakosz idzie do likwidacji.

W latach czterdziestych na Struga pod siódmym była szykowna restauracja, w której nawet produkowano własne wino. W 1958 roku lokal przejęło państwowe przedsiębiorstwo Społem. Dyrekcja firmy mieściła się w Kaskadzie na Narutowicza. Opiekunem barów mlecznych był wtedy Marceli Jakubowski. Zadaniem kierownika było dbanie o zaopatrzenie. W czasach, w których na sklepowych półkach dominował ocet, było to niemal niewykonalne.

Blisko połowa 300-metrowego lokalu to zaplecze. W nim musiały znaleźć się wory z mąką i cukrem. Był specjalny magazyn materiałów sypkich. Kiedy gospodynie domowe zastanawiały się, gdzie zdobyć pęto kiełbasy, Jakubowski musiał załatwić kilogramy sera, wędlin i masła. Codziennie pod drzwiami lokalu stało osiem 30-litrowych baniek z mlekiem i jedna ze śmietaną.

Pan Marceli do zdobywania surowców używał swojego wdzięku. Był osobą powszechnie szanowaną i zawsze potrafił tak uśmiechnąć się do pań z zaopatrzenia, że coś dla jego baru się znalazło. Prowadził też własny ogródek, z którego czasem przywoził świeże warzywa i owoce. – Jak przywoził śliwki, od razu je wekowałyśmy – wspomina pani Jadwiga, ostatnia kucharka Smakosza. Pracownicy pamiętają Jakubowskiego jako wymagającego szefa. – Każda kluseczka musiała być idealnie zrobiona, a pączki okrąglutkie – opowiada pani Jolanta.

Wszystko było robione ręcznie i z naturalnych składników. Żadnej maszynowej produkcji i proszków. Ciasto wygniatały kucharki, ziemniaki gotowały i smażyły na węglowej kuchni. Jabłuszka w cieście formowane były ręcznie. Nawet kompot robiony był na miejscu. Na zapleczu w beczkach kisiła się kapusta. Za czasów Jakubowskiego było jej dziesięć beczek. W ogromnych 50-litrowych garach gotowały się zupy. W poniedziałek ogórkowa, we wtorek grochowa, a w środę krupnik.

400 bułek na śniadanie

W latach świetności bar czynny był od godz. 6. – Wysiadałam z tramwaju, a przed drzwiami stała już kolejka – wspomina kucharka. Było mnóstwo stałych klientów. Przychodzili pracownicy firm z talonami żywnościowymi. Każdego dnia schodziło 400 bułek na śniadanie. Wieloletnim hitem były kluski na parze i prażoki z kapuśniakiem. Największe sceny przed Smakoszem działy się w tłusty czwartek. Siedem kobiet przychodziło na całą noc, by piec pączki. Robiły ich niezliczone ilości, a i tak po godzinie od otwarcia po pączkach nie było już śladu.

Smakosz nie był jedynym barem mlecznym w okolicy. Na Piotrkowskiej na wysokości numeru 83 był Wzorowy. Vis-a-vis znajdował się bar mięsny Rekord. Na Piotrkowskiej przy Próchnika bar Reprezentacyjny, a na Kilińskiego Biały Potok. Oaza przy dworcu Fabrycznym i Ludowy na rogu Rzgowskiej i Zarzewskiej. I jeszcze Lutnia i Śmietanka.

Jednak próba czasu dla barów mlecznych okazała się zbyt trudna. Padały jeden po drugim, a klienci na Struga 7 zaglądali coraz rzadziej. W czasach prosperity bułek na śniadanie schodziło 400 plus do tego rogale. Teraz tylko 10. Za komuny w barze czynnym od 6 do 20 czternaście kobiet pracowało na dwie zmiany. Dzisiaj zostały tam zaledwie dwie osoby. – Kiedyś robiłyśmy każdego dnia 10 kg pączków. Teraz tylko 65 dag – opowiada pani Jolanta.

Wydaje się, że w Smakoszu zatrzymał się czas. Klimat sprzed epoki widać też w cenach dań nieprzystających do obecnych realiów. Kluski śląskie z mięsem (4 szt.) 5,50 zł, leniwe tyle samo. Zupa 3,50. Duża bułka z przedziałkiem 2 zł. Schabowy z ziemniakami i dodatkami 9 zł.

Generał, Szubrana i Paragonówka

Bar miał klientów, którzy przychodzili do niego nawet od 30 lat. Pani Basia, emerytka, była zawsze rano około 10. I potrafiła tak siedzieć aż do trzeciej. Coś zjadła, wypiła kawkę. Panu Marianowi kobiety zawsze liczyły złotówkę mniej. Stałym bywalcom nadawały nazwy. Pan Generał przyjeżdżał z Radogoszcza. Siadał na końcu sali przy swoim ulubionym stoliku. Kiedy było zajęte, niepocieszony gdzieś przycupnął, a gdy tylko się zwolniło, natychmiast się przesiadał. Podawano mu do stolika. Kiedy brał podwójne naleśniki, zawsze musiały być przyniesione osobno. Najpierw pierwsza porcja, potem druga. – Pamiętam, jak kiedyś podałam mu obie razem. Spojrzał się groźnie i powiedział: „Żeby tak więcej nigdy nie było!”. A ja na to: „Tak jest, panie Generale!”. I tak został panem Generałem – wspomina pani Jolanta.

Mecenas zawsze zaczynał od mleka. Była też pani Kochana, która mówiła do każdego „kochana”. Stałym bywalcem była pani Szubrana. Kobiety do dzisiaj nie wiedzą, co znaczy to słowo. Klientka pewnego dnia zażądała kategorycznie, żeby następnym razem jajko nie było „szubrane” i wyszła, nie tłumacząc, o co jej chodziło. Pani Paragonówka walczyła jeszcze w Powstaniu Warszawskim. Była harcmistrzem. W Smakoszu była codziennie rano. Przyjeżdżała aż z Widzewa. Miała ulubione dania, a sprzedawczynie zawsze opuszczały jej złotówkę, wszystko dokładnie pisząc na paragonie. Mimo to Paragonówka brała go i dokładnie sprawdzała, czy się zgadza, i długo porównywała ceny z jadłospisem. I tak za każdym razem, mimo że paragony niczym się nie różniły.

Pan Pączuś ciągle narzekał. A to, że jest po siedmiu zawałach, a to, że pogoda nie taka. Straszny był z niego pesymista. Kobiety wzięły się na sposób i witały go uśmiechem. – Jak miło pana znów widzieć – krzyczały, kiedy tylko pojawił się w drzwiach. Wtedy na jego twarzy pojawiał się uśmiech, choć nie przestawał narzekać na cały świat. – Później przysyłał nam kartki ze swoich podróży. Nie lubił jednej naszej koleżanki i na pocztówce z Egiptu napisał: „Pozdrowienia dla całej załogi, oprócz tej pani” – opowiada pani Jolanta.

Poproszę widelec z trzema paskami

Smakosz był jednym z niewielu reliktów minionej epoki. W starszych wywoływał wspomnienia z młodzieńczych lat. W młodych budził zachwyt i niedowierzanie, że takie miejsca jeszcze istnieją. Przychodzili całymi grupami. Robili sobie zdjęcia z pracownicami i jadłospisem. Część żądała, żeby podać im stare aluminiowe sztućce, mimo że przepisy już na to nie pozwalają. Chcieli kupować charakterystyczne widelce i łyżki „z trzema paskami”.

Tak za komuny, jak i teraz w Smakoszu jadał cały przekrój społeczeństwa. Przychodzili aktorzy, muzycy, dziennikarze, ludzie estrady i filmu. Kobiety wspominają wizyty Leona Niemczyka, Jerzego Kryszaka, Bogusława Lindy i Cezarego Pazury. Bywało tam dużo ludzi z „Filmówki”, ale też naukowcy i politycy. – Przed wyborami odwiedzała nas Hanna Zdanowska z ekipą, ale jak została prezydentem, przestała przychodzić – mówi właścicielka Smakosza.

Nie przeszło mi przez gardło

Jeden z ostatnich barów mlecznych przechodzi do historii. Ale na drzwiach lokalu wisi kartka z napisem „Remont”. – Nie mówiłam klientom, że bar będzie zamknięty. Nie przeszło mi to przez gardło. Najpierw informowałyśmy, że będzie urlop, potem, że remont. Ale niedługo będziemy musiały to zrobić. Wywiesimy kartkę z napisem „Likwidacja” – żali się pani Jolanta.


Więcej… http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,9917858,Koniec_Smakosza__Zamykaja_najslynniejszy_bar_mleczny.html#ixzz1SFMJkvr7

Lipiec-15-11

XXX-lecie Grupy literackiej „Centauro”

posted by Agnieszka

***

Obchodząca swoje XXX-lecie w tym roku
Grupa literacka "Centauro" przy O.K. "Górna"
zaprasza członków i sympatyków
na "Trawnik kultury" (przy ławeczce Tuwima)
w sobotę 16 lipca (Łódź, ul. Piotrkowska 104)
na PREZENTACJE w godz. 17-21
w ramach Letniego Festiwalu Sztuki.

Pozdrawiam i dziękuję:

Grupa Literacka "Centauro"
przy O.K. "Górna"
Henryk Zasławski