Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us
Sierpień-19-10

JOLANTA MIŚKIEWICZ

posted by Agnieszka

***

BYŁAM OPIEKUNKĄ

JOLANTA MIŚKIEWICZ

2006

Jest to opis wyrywkowy, nie obrazujący całości systemu opieki nad chorymi. Dane personalne występujących osób nie są zgodne ze stanem faktycznym. Zbieżność przytoczonych zachowań, sytuacji i imion jest przypadkowa. Za identyfikowanie się osób z bohaterami autor nie ponosi odpowiedzialności. Lektura przeznaczona jest dla osób powyżej 16-go roku życia

PODZIĘKOWANIE DLA MOJEGO SYNA

KTÓRY SŁUŻYŁ MI POMOCĄ

I WSPARCIEM

LIPIEC 1994 r.

Nie mogłam wprost uwierzyć, że wreszcie zaczyna się mój pierwszy dzień pracy po długich i bezowocnych poszukiwaniach. Kiedy szłam na rozmowy wstępne okazywało się, że nikt nie potrzebuje sekretarki władającej tylko jednym językiem obcym, bez znajomości komputera. Nikt nie chciał ekspedientki, która nie potrafiła obsługiwać kasy fiskalnej, technika ekonomisty i bukieciarki, która kilka lat nie miała do czynienia z wyuczonym zawodem. Dodatkowym minusem był mój wiek – czterdziestolatki są dobre w serialu telewizyjnym, nie w życiu. Nie wspominam już o nogach, które na pewno nie sięgają do samej szyi.

Obiecano mi zatrudnienie w Domu Pomocy Społecznej Dla Dzieci Upośledzonych. Denerwowałam się bardzo, bo był to krok w nieznane. Nigdy nie miałam do czynienia z chorymi psychicznie i bardzo się ich bałam. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Społeczeństwo jest niedoinformowane lub poinformowane błędnie na temat takich osób. Zbyt mało mówi się i pisze na ten temat w środkach masowego przekazu. Gdyby informacje były tak obszerne i tak częste jak na temat np. alkoholizmu czy narkomanii wiele osób zmieniłoby swój stosunek do chorych.

Oferowano mi pracę pokojowej, którą przyjęłam z dużą wdzięcznością. Zakres obowiązków jest bardzo podobny do obowiązków salowej w każdym innym szpitalu.

Aby podpisać umowę musiałam przepracować kilka próbnych godzin. Podekscytowana, trochę przestraszona i zarazem pełna nadziei przekroczyłam bramę Domu. Zobaczyłam spacerujących kilku mężczyzn i kobietę. Wcale nie były to dzieci. Niektórzy przystawali obok mnie grzecznie pozdrawiając lub pytając po co przyszłam. Odetchnęłam z ulgą, że byli tacy zwyczajni. Sama nie wiem, czy spodziewałam się rozwianych włosów i błysku szaleństwa w oku? Zaraz jednak znów wstrzymałam oddech, kiedy podszedł do mnie jeden z mężczyzn i śmiejąc się zamruczał:

- brrrm, brrrrm…

Po chwili zrozumiałam, że chodzi mu o samochód i najuprzejmiej jak potrafiłam powiedziałam, że nie mam samochodu. Wtedy on podał mi długopis, który zaraz wyrwał mi z ręki i odszedł gniewnie mamrocząc. Znów odzyskałam oddech, kiedy przyszła po mnie przełożona. Opowiedziałam jej o zajściu. Roześmiała się i wytłumaczyła:

- Mieszkańcy, którzy samodzielnie chodzą po terenie nazywani są rezydentami. Są oni najstarsi w domu i raczej niegroźni. Zwracamy się do nich po imieniu, a nie „proszę pani, pana”.

Siostra przełożona zaprowadziła mnie do budynku, do grupy II. Moją wprowadzającą tzn. tak jakby nauczycielką zawodu jest dziewczyna, która pracuje tu już kilkanaście lat. Jest zadziwiająco cierpliwa i miła. Nie denerwuje jej moja niewiedza. Na imię ma Ela. Po kilku minutach przebywania na grupie zaczęłam płakać. Nie dlatego, że praca okazała się bardzo ciężka i brudna, ale nad losem mieszkańców Domu. Tak bardzo jest mi ich żal. Roztkliwiam się nad chłopcem wyglądającym na jakieś 7-8 lat, który siedzi związany w kaftanie. Ma ładne, falujące blond włoski, szare oczy i pięknie wykrojone usta. Pytam opiekunek:

- Dlaczego taki miły chłopczyk siedzi związany?

- Zaraz pani pokażę, co on potrafi – odpowiada opiekunka.

- Nie, dziękuję – wycofuje się znów lekko przerażona, ale ona

zdążyła go odwiązać i odskoczyć w porę. Chłopak, jak się później dowiedziałam już siedemnastoletni wczepił się paznokciami w moją bluzkę i sycząc obnażył zęby długie i ostre jak kły. Dużą trudność sprawiło opiekunom oderwanie go ode mnie i ponowne związanie. Zrozumiałam, że była to konieczność podyktowana względami bezpieczeństwa. Bardzo się go przestraszyłam i jednocześnie było mi go żal. Opiekunki wyjaśniły mi, że kiedy nie był związany robił krzywdę innym dzieciom (tak nazywają tu wszystkich mieszkańców Domu) – drapał, kopał i gryzł jak zwierzątko. Ela opowiada mi, że pensjonariusze są w różnym wieku. Najmłodszy ma czternaście, a najstarszy czterdzieści siedem lat, ale wszystkich nazywają tu dziećmi. Oni właśnie tak się zachowują i tak są traktowani.

Jeden z chłopców nie rusza się prawie wcale, nie mówi, nie widzi i nie słyszy. Inny porusza się bardzo niewiele, a przy zmianie pampersów lub przebieraniu, kąpaniu sztywnieją mu wszystkie mięśnie i potrzebne są dwie opiekunki, aby udało się to zrobić.

Po kilku godzinach ścielenia łóżek, odkurzania, froterowania, mycia łazienek i ubikacji jestem bardzo zmęczona fizycznie. Bolą mnie ręce i nogi. Wózki z posiłkami zdają się ważyć tonę, ale nie to jest najgorsze. Wyczerpanie psychiczne jest chyba jeszcze większe. Powykręcane, zniekształcone kończyny, powykrzywiane buzię, zaciśnięte lub krzyczące bez związku usta, oczy które nie widzą lub są szalone. Większość z nich nie zdaje sobie sprawy ze swojego stanu, ale są tacy, którzy dużo wiedzą i rozumieją. Rozmawiałam dużo później z jedną z rezydentek – Janią, która przepięknie malowała.

- Janiu, może namalowałabyś coś dla mnie?

- Mam dużo pracy, a mało materiałów – odpowiada. – Widzisz pani jak nie mogę wyjść i sobie kupić, a one tylko obiecują. Nie mogę i jeść przestać, a bym chciała, bo się w sukienki nie mieszczę i co mam ubrać?

- Nie martw się. Mnie też jest ciężko schudnąć, a materiały do twoich prac w końcu muszą się znaleźć – odpowiadam bez przekonania, bo wiem, jak ciężka jest sytuacja finansowa Domu.

Dzieci mają małą styczność ze światem zewnętrznym. Rodziców albo wcale nie ma, albo są chorzy jak dzieci i przebywają w innych zakładach. Nawiasem mówiąc ktoś powinien zainteresować się tym problemem, aby ludzie bardzo chorzy umysłowo nie płodzili następnych chorych. Ich życie bywa naprawdę ciężki i smutne, chyba, że nie zdają oni sobie z tego sprawy. Normalni rodzice upośledzonych dzieci nie przyjeżdżają do nich – ułożyli sobie życie bez nich. Rzadko który ojciec, czy matka ma tyle poczucia obowiązku i miłości, aby odwiedzać chore dziecko w zakładzie zamkniętym.

Jednak zdecydowałam się pracować tutaj i to właśnie bezpośrednio z nimi. Chciałabym zostać opiekunką kiedy tylko pojawi się taka możliwość. Mam odpowiednie wykształcenie, niestety na razie nie ma etatów. Tymczasem będę sprzątać ich nieczystości, zmywać, szorować, dźwigać, byle tylko znaleźć chwilę, aby być bliżej nich. Może stwierdzenie, że ich pokochałam byłoby przesadą, ale w moich odczuciach na pewno więcej jest właśnie miłości i smutku, niż upokarzającej litości. Są tacy pracownicy i praktykanci, którzy się z nich śmieją, inni są obojętni, są i tacy, którzy boją się chorych cały czas, jak ja na początku. Są również tacy, którzy celowo i bezlitośnie wyrządzają im krzywdę. O tym, jak postanowiłam ich chronić i sprawić życie znośniejszym napisze w następnych rozdziałach.

Add A Comment