Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us
Sierpień-30-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Autoportret pięćdziesięciolatki

.

Na zewnątrz mam 50 lat. Moja skóra ma 50 lat, moje włosy też tyle mają. Na domiar złego jestem oględnie mówiąc puszysta. Są tacy, którzy są mniej oględni, ale to nie należy do rzeczy, bo w środku jestem szesnastolatką i to jaką fajną! Mój szesnastoletni charakter znajduje ujście w pisaniu, a moje szesnastoletnie serce jest zakochane po uszy, o ile serce je ma.

Moim największym problemem jest to, że wszyscy traktują mnie jak matronę, wiedzą, co mi wypada, a co nie, w co powinnam się ubrać, co powinnam mówić, jak powinnam się zachowywać. Nienawidzę słowa powinnam. Uwielbiam robić to, czego właśnie absolutnie nie powinnam.

Mam dorosłego syna, który jako jedna z nielicznych osób traktuje mnie tak, jak na to zasługuję, to znaczy po prostu odwrócił role. Sztorcuje mnie czasami jak własne dziecko i zachowuje się jak typowy ojciec, a przecież to ja jestem jego matką! Moja mama z kolei jest oburzona, że mu na to pozwalam. A właściwie dlaczego nie? Jeżeli sprawia mu przyjemność taka forma opieki nade mną, jeżeli wynika to z jego troski o mnie, a mnie nie przeszkadza to pytam: dlaczego nie? Czy tylko dlatego, że nie jest to ogólnie przyjęte? Zostałam wdową w wieku 33 lat z ośmioletnim dzieckiem, które w jakiś dziwny sposób od razu wydoroślało i zaczęło przejmować coraz więcej obowiązków tzw. „głowy domu”. Syn pomagał mi we wszystkim, uczył się nawet gotować. W miarę jak dorastał stawał się coraz bardziej ojcowski, a coraz mniej synowski, zwłaszcza, że jego matka zamiast się starzeć młodniała.

Mając 48 lat poszłam do „szkoły”. Syn znalazł mi warsztaty bajkopisarskie, w których utknęłam całą duszą. Pisałam wcześniej do szuflady, gdyby nie on nie wzięłabym udziału w programie Babcia Nadaje i nie miałabym wydanej pierwszej książeczki. Znów zrobił to, co matka dla dziecka i wiedział, co jest dla mnie najlepsze. W tej chwili kończymy już następny program – Latające Babcie i mam zamiar wziąć udział w kolejnym. Piszę również dla portali internetowych, a on nadal wynajduje dla mnie konkursy w których biorę udział. Byłam najmłodszą z Babć, koleżankom zdarzało się powiedzieć: cicho smarkata, a mnie się to bardzo podobało. Przecież wewnątrz właśnie taka jestem.

Jestem szczęśliwa, że ludziom podobają się moje bajki, wiersze, satyry, że docierają do coraz większej liczby osób, szkoda tylko, że wydawnictwa ich nie chcą, ale nie tracę nadziei, że i na to przyjdzie kolej. Bardzo dobrze czuję się w grupie koleżanek, takich samych zapaleńców (pewnie powinno być zapaleńcówien?) jak ja. Mamy również jednego rodzynka – dla ozdoby. Oczywiście żartuję, że dla ozdoby bo jego bajki i wiersze są bardzo dobre. Piszemy, chodzimy czytać nasze bajki w przedszkolach i domach dziecka i mamy bardzo mało czasu na rozmyślania nad wiekiem każdej z nas. A ja dzięki temu nie mam również czasu na myślenie o moim życiu zawodowym.

Długo byłam bezrobotna, mimo że jestem z wykształcenia ekonomistką i skończyłam różne kursy np.. bukieciarstwo. Kilka stron zajęłoby samo opisanie, jak szukałam pracy. Jako bukieciarka zostałam zatrudniona na początku października któregoś roku, pracowałam po kilkanaście godzin, również w niedziele, aż do Wszystkich Świętych. W połowie listopada nie było już potrzeba dodatkowych pracowników, więc mimo umowy wróciłam do Urzędu Pracy. Albo nie znałam dobrze komputera, albo byłam za stara. Byłam również za młoda, bo akurat potrzebowali rencistów albo niepełnosprawnych. Kiedy dostałam decyzję o lekkiej niepełnosprawności potrzebowali z umiarkowaną, prawdopodobnie z uwagi na większe dopłaty. W końcu uszczęśliwiona, że w ogóle coś mam zostałam opiekunką osób starszych. Jestem z natury troskliwa i miła, oczywiście kiedy mnie nikt nie zaczepia, więc współpraca układa się dobrze, ale jest tak wyczerpująca fizycznie i psychicznie, że uciekam w pisanie kiedy tylko się da. Poza tym pieniądze są śmieszne i w sukurs jak zawsze przychodzi mi mój syn.

Nie mam wsparcia ze strony mamy. Uważa moje pisanie za niepotrzebną stratę czasu, który powinnam bez reszty poświęcać jej. I znów to znienawidzone słowo! Robię dla niej tyle ile mogę, pomagamy oboje, ale dla niej to i tak za mało. Należy ona do osób, którym zawsze wiatr w oczy, a wszystkiemu jest winien zły los i inni ludzie. Akurat nad tym wątkiem nie będę się rozwodzić, ale byłoby mi bardzo miło gdyby i mama była ze mnie dumna, gdyby i jej podobało się to co piszę. Nikt nie lubi lekceważenia rzeczy, w które wkłada tak wiele serca.

No właśnie, doszliśmy i do serca. Dzięki niemu powstawały i powstają wiersze, które naprawdę się podobają. Słyszę i czytam komentarze znajomych i nieznajomych. Dostaję wyróżnienia i nagrody w konkursach na bajki i poezje. Zawsze najpierw nie mogę uwierzyć, że właśnie ja, a potem tańczę po pokoju i słyszę od mamy pytanie kiedy wreszcie dorosnę. Mam nadzieję, że nigdy.

Byłam przerażona, kiedy zbliżały się pięćdziesiąte urodziny. Martwiłam się, że może od razu stanę się stara i zacznę zachowywać się jak babcia, którą dzięki Bogu jeszcze mnie syn nie zrobił, w głowie mi dudniło, że przekroczę piąty krzyżyk i zacznę szósty, a kiedy obudziłam się w dniu tych strasznych urodzin byłam dokładnie taka sama! Zwariowana, roztrzepana, romantyczna, a nawet nadal puszysta. W myśl obowiązujących kanonów powinnam się zmienić w zasuszoną, zgorzkniałą kobietę, która wie, co powinna, a przed nią już tylko z górki. A tu niespodzianka! Jestem, jaka jestem. Raz z górki, raz pod górkę, jak to w życiu. Nadal robię duże głupstwa i małe głupstewka, nadal szukam pracy, nadal mam marzenia i kieruję się sercem zamiast głową. Co ja poradzę, że akurat ten narząd jest u mnie najważniejszy. Inne opiekunki mają godziny od do, ja nie. Mam czas pogadać przez telefon z podopiecznymi, mam czas podjechać w sobotę po południu, kiedy wnuki nie mają czasu, a dziadek boi się sam wezwać pogotowie i chce, żeby ktoś z nim był. Mam czas odwiedzać ich, kiedy są w szpitalu. Mam czas na moją „szkołę” – tak nazywam warsztaty i na pisanie i na miłość. Mam również czas na gotowanie i pieczenie i uwielbiam to robić. U mnie maksyma „przez żołądek do serca” sprawdza się w stu procentach. Najmniej czasu mam na sprzątanie. Trochę dlatego, że mam sunię, po której można sto razy sprzątnąć i jest ta sama sierść na dywanie, podłodze i wersalce, trochę dlatego że jest to moje najmniej ulubione zajęcie, trochę za dużo sprzątania jest u podopiecznych. Uważam też, że dom jest dla ludzi, a nie ludzie dla domu i nawet jak nie można „jeść z podłogi” i „przejrzeć się w parkiecie” to zawsze można jeść z talerza i przejrzeć się w lustrze. Nie jestem ideałem i już! Jest jeszcze coś, co umiem i lubię robić – praca z modeliną i drapanki zamiast pisanek. Z modeliny robię stwory i stworki, zwierzątka, kwiaty i postaci z bajek. Natomiast na jajkach wydrapuję igłą, nożem, pilniczkiem przeróżne wzory, życzenia, wierszyki, zajączki, baranki i bazie. Dla rodziny, dla znajomych, dla przyjemności i żeby było miło. Lubię jak jest miło, ludzie są dla siebie uprzejmi. Nie znoszę kłamstwa. Sama nigdy tego nie robię. Jeżeli muszę coś ukryć to po prostu o tym nie mówię i o dziwo! Umiem dotrzymać sekretu, mimo,że jestem wielką gadułą. Napisałam, że lubię, jak jest miło i że jestem łagodna z natury. To wszystko prawda, ale zalety niweczy ogromna wada – upór. Jeżeli uważam, że mam rację potrafię prowadzić dyskusję do upadłego i nic mnie nie przekona. Właściwie, to nawet lubię się kłócić wtedy, kiedy wiem, że nikogo nie obrażam, a przeciwnik nie ma racji. Dochodzi wtedy do głosu ta gorsza strona mojej natury, a że jestem spod znaku Bliźniąt, więc nietrudno zgadnąć że potrafię być nieprzewidywalna. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Obojętnie, czy miałam lat szesnaście, czy mam pięćdziesiąt moje zachowanie i charakter nie uległy zmianom. To nieprawda, że ludzie się zmieniają. Może, kiedy zmieniają się warunki rodzinne, sytuacja społeczna czy zawodowa ludzie się po prostu przystosowują, ale w głębi duszy pozostają tacy sami i gdy tylko jest to możliwe wskakują w starą skórę.

Było już o charakterze, zamiłowaniach, miłości więc przyszedł czas na zdrówko. Mój brat mawia, że jak skończysz pięćdziesiątkę i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz. Ja jednak mam trochę inne zdanie. Owszem tu mnie boli, tam mnie strzyka i pokasłuję, zwłaszcza, że o zgrozo! Palę. Ale na wszystko jest lekarstwo. Wystarczy się zakochać, a jeżeli już jesteśmy w długoletnim związku, to trochę go „podrasować” i wszystko przechodzi. Drogie pięćdziesiątki! Jeżeli chcecie być silne i zdrowe to nie tylko jedzcie owoce i warzywa, ale „ćwiczcie na drążku” – najlepsza recepta na zdrowie i dobry humor, jaką ktokolwiek wymyślił. Ja nie zgaduję, ja wiem! Kocham jak szesnastka!

Teraz troszkę o tym, co zostawiłam na koniec, jako zagadnienie najmniej ważne. Wiecie już na pewno, że pieniądze szczęścia nie dają, ale co nieco mieć by się przydało. Mogę śmiało stwierdzić, że jestem po prostu biedna. Bardzo często muszę sobie czegoś odmawiać, żeby starczyło na coś innego, ważniejszego. Zdarza się i tak, że nie starcza mi nawet na to najważniejsze, wtedy pożyczam. Jak pożyczę, muszę oddać, a jak oddam znów nie mam i kółko się zamyka, a jednak nigdy nie płakałam z powodu pieniędzy. Nawet jak długi przerosły moje wyobrażenia zamieniłam mieszkanie na mniejsze, chwytałam się przeróżnych prac dorywczych, pracowałam w przeróżnych zawodach. Wszystko to składa się na rozdziały książki zwanej życiem. Nie warto martwić się brakiem pieniędzy, skoro nie przymieram głodem. Po prostu warto pamiętać, że zawsze jest jakieś jutro, raz gorsze raz lepsze. Nigdy nie byłam pesymistką, według mnie wiara czyni cuda i góry przenosi więc trzeba wierzyć, że jutro będzie lepiej.

Jednak to jeszcze nie koniec, bo opisałam tylko jak widzi mnie syn i mama. A jak widzą znajomi, jak widzi mój ukochany? A tak samo. Widocznie swoim zachowaniem tak długo uświadamiałam wszystkim, że jestem nastolatką, a nie pięćdziesiątką, że niemal uwierzyli. Zawsze zostaje jakiś niedowiarek, więc stąd to niemal. Ale myślę, że z czasem i mama będzie tak zmęczona przekonywaniem mnie co powinnam, że się podda, bo ja jestem bardziej uparta.

I znowu końca nie widać, bo jakimś cudem umknęło mi opisanie mojej wiary w bajki, wróżki, karty, przepowiednie. Niektóre z pań pukają się w głowę, a ja pytam co to komu szkodzi? Dobre wróżby mi się spełniają, o złych zapominam, a gdybym nie wierzyła w to, co piszę cóż warte byłyby takie bajki, komu by się spodobały liryki? Gdybym nie wierzyła w magię to czy zakochałabym się w wieku pięćdziesięciu lat i to do utraty tchu? Zresztą, tą pięćdziesiątkę mam tylko na papierze, a szesnastkę w duszy, sercu i charakterze, więc może wcale nie powinnam napisać tego autoportretu?

Add A Comment