Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us

***

Niesłusznie zapomniana rocznica – manifest Rady Regencyjnej

.

Siódmego października 1918 roku, pięć tygodni przed przyjętym później Dniem Niepodległości, Rada Regencyjna Królestwa Polskiego w wydanym manifeście zapowiedziała utworzenie niepodległego państwa polskiego. Rozwiązała też Radę stanu złożoną ze 110 posłów, która funkcjonowała od kwietnia 1918 roku oraz zapowiedziała powołanie rządu międzypartyjnego i rozpisanie wyborów do Sejmu. Oczekując na przejęcie całkowitej władzy z rąk niemieckiego i austriackiego okupanta Rada Regencyjna organizowała administrację cywilną, służbę bezpieczeństwa i wojsko. Wówczas w Polsce jedyną zorganizowaną i umundurowaną siłą zbrojną był pięciotysięczny korpus utworzony w 1917 roku z przyzwolenia Niemców. Rada Regencyjna odebrała dowództwo nad nim niemieckiemu generał-gubernatorowi Hansowi von Beselerowi i powierzyła je generałowi Tadeuszowi Rozwadowskiemu, późniejszemu pierwszemu szefowi Sztabu Generalnego Odrodzonej Polski. To posunięcie umożliwiło dalszą rozbudowę Polskiej Siły Zbrojnej, która w ten sposób stała się pierwszym zalążkiem wojska polskiego w kraju. Podjęto akcję werbunkową, która w samej tylko Łodzi dala kilkuset ochotników.

.

Warto przy tym wiedzieć, że Rada Miejska w Łodzi zdecydowanie popierała Radę Regencyjną i jej posunięcia, co wyraziła w rezolucji z 5 listopada. Nawet wieści o utworzeniu rządu ludowego w Lublinie z Ignacym Daszyńskim na czele, które dotarły do Łodzi 8 listopada, nie wpłynęły na zmianę układu sił w Łodzi. Zarząd Miasta do końca uznawał wyłączną zwierzchność Rady Regencyjnej, aż do jej samorozwiązania 14 listopada  1918 roku.

.

Opisane powyżej fakty miały bez wątpienia fundamentalne znaczenie dla późniejszego listopadowego upadku panowania niemieckiego w Kongresówce, zwłaszcza że Niemcy na tym terenie w garnizonach posiadali łącznie 80 tysięcy wojska. Tymczasem dla większości Polaków istnienie i działalność Rady Regencyjnej jest wielką białą plamą. Nic w tym dziwnego, albowiem ani w Polsce międzywojennej, od  roku 1926 zdominowanej przez piłsudczyków, ani tym bardziej za rządów komunistycznych, ani nawet później nie przywiązywano oficjalnie wagi do manifestu Rady Regencyjnej z 7 października. Jej trzyosobowy skład był bowiem zdecydowanie konserwatywny. Złożona zaś była Rada z arcybiskupa warszawskiego Aleksandra Kakowskiego, księcia Zdzisława Lubomirskiego, ówczesnego prezydenta Warszawy, i prawnika, hrabiego Józefa Ostrowskiego.

Z tych trzech postaci szczególna rolę odegrał, tak wówczas, jak i w 1920 roku, arcybiskup Aleksander Kakowski. Urodzony w 1862 roku, mając 23 lata uzyskał we Włoszech doktorat prawa kanonicznego, a rok później w Warszawie otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1910-1913 był rektorem Akademii Duchownej w Petersburgu, zaś w 1913 roku został arcybiskupem warszawskim. W latach wojny światowej bywał w Łodzi. W czasie niemieckiej okupacji wojskowej Kongresówki zachowywał się powściągliwie i nawet w liście pasterskim z 30 lipca 1915 roku zakazał duchowieństwu wszelkiej działalności politycznej, ale gdy potem część społeczeństwa przystąpiła do organizowania życia publicznego, arcybiskup zalecił współdziałanie w tych pracach, zwłaszcza w radach i dozorach szkolnych. Miał więc początkowo raczej negatywny stosunek do okupantów, ale postawa jego uległa zmianie pod wpływem wypadków rewolucyjnych w Rosji. Jego list pasterski z 16 kwietnia 1917 roku utrzymany był w duchu współpracy duchowieństwa z władzami. Gdy zaś na skutek nastrojów rewolucyjnych płynących z Rosji, zarówno władze okupacyjne jak i pewne grupy społeczeństwa polskiego dążyły do wzajemnego porozumienia, doszło 12 października 1917 roku do utworzenia Rady Regencyjnej, do której pod wpływem innych biskupów wszedł Aleksander Kakowski, jako przedstawiciel hierarchii kościelnej. Na wniosek arcybiskupa członkowie Rady Regencyjnej postanowili pracować honorowo, zrzekając się wyznaczonej pensji. W przełomowych dniach listopada 1918 roku najdłużej w łonie Rady Regencyjnej opierał się przekazaniu władzy zwierzchniej Józefowi Piłsudskiemu, uważając, że może ją przejąć dopiero sejm ustawodawczy.

.

Dla zrozumienia głębokiego patriotyzmu arcybiskupa Aleksandra Kakowskiego – a od 1919 roku kardynała – w okresie najazdu bolszewickiego, warte przytoczenia są fragmenty listu wysłanego 9 lipca 1920 roku do duchowieństwa w sprawie wykonywania obowiązków obywatelskich. Kardynał Kakowski polecał, aby ‘wiernych zachęcać z ambon i na zebraniach, do wypełnienia zaleceń zawartych w odezwie generała Hallera, aby propagować usilniej kupowanie pożyczki Odrodzenia Polski, aby tworzyć we wszystkich parafiach, głównie na prowincji, komitety parafialne opieki nad rodzinami walczących na froncie rodaków’. Zezwalał także, aby w tej wyjątkowej sytuacji ludność wiejska wykonywała w niedzielę prace w polu o ile tylko wcześniej tego dnia uczestniczyła we Mszy Świętej. Swoją drogą ciekawe, ilu dzisiejszych polityków oskarżyłoby kardynała o ‘mieszanie się do polityki’, choć przecież polityka to działanie dla dobra wspólnego.

.

Dla lepszego zrozumienia przełomowego dla tamtych dni znaczenia manifestu Rady Regencyjnej załączam pełną jego treść poniżej, albowiem w obecnych czasach, czasach polityki egoistycznej i nie zważającej na dobro Narodu i Państwa, nabiera on dodatkowego dziejowego znaczenia.

.

Jan Szałowski

Październik-7-15

Manifest Rady Regencyjnej do narodu polskiego

posted by Agnieszka

***

Manifest Rady Regencyjnej do narodu polskiego

.

Wielka godzina, na którą cały Naród Polski czekał z upragnieniem, już wybija.

Zbliża się pokój a wraz z nim ziszczenie nigdy nie przedawnionych dążeń Narodu Polskiego do zupełnej niepodległości.

W tej godzinie wola Narodu Polskiego jest jasna, stanowcza i jednomyślna.

Odczuwając tę wolę i na niej opierając to wezwanie, stajemy na  podstawie ogólnych zasad pokojowych, ogłoszonych przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, a obecnie przyjętych przez świat cały jako podstawa do urządzenia nowego współżycia narodów.

W stosunku do Polski zasady te prowadzą do utworzenia niepodległego państwa, obejmującego wszystkie ziemie polskie, z dostępem do morza, z polityczną i gospodarczą niezależnością, jako też z terytorialną nienaruszalnością, co przez traktaty międzynarodowe zagwarantowanym będzie.

Aby ten program ziścić, musi Naród Polski stanąć jako mąż jeden i wytężyć wszystkie siły, by jego wola została zrozumiana i uznana przez świat cały.

.

W tym celu stanowimy:

1. Radę Stanu rozwiązać,

2. Powołać zaraz rząd, złożony z przedstawicieli najszerszych warstw Narodu i kierunków politycznych,

3. Włożyć na ten rząd obowiązek wypracowania wspólnie z przedstawicielami grup politycznych ustawy wyborczej do Sejmu polskiego, opartej na szerokich zasadach demokratycznych, i ustawę tę najpóźniej w ciągu miesiąca do zatwierdzenia i ogłoszenia Radzie Regencyjnej przedstawić,

4. Sejm niezwłocznie potem zwołać i poddać jego postanowieniu dalsze urządzenie władzy zwierzchniej państwowej, w której ręce Rada Regencyjna, zgodnie ze złożoną przysięgą, władzę swoją ma złożyć.

.

Polacy!

Obecnie już losy nasze w znacznej mierze w naszych spoczywają rękach. Okażmy się godnymi tych potężnych nadziei, które z górą przez wiek żywili wśród ucisku i niedoli ojcowie nasi. Niech zamilknie wszystko, co nas wzajemnie dzielić może, a niech zabrzmi jeden wielki głos: Polska Zjednoczona Niepodległa!

 

.

Warszawa, 7 października 1918 r.

Luty-8-12

Janusz Janyst

posted by Agnieszka

***

Celebryci
.
Chyba każdy potrzebuje jakichś autorytetów. Każdy – bez względu na wiek, poglądy, wykształcenie i status społeczny. Także bez względu na uprawiany zawód. Zauważmy, że w każdej profesji wskazać można na mistrza, będącego właśnie autorytetem, oraz adeptów, którzy terminując wzorują się na nim. Oczywiście, kto inny okaże się autorytetem dla początkującego aktora, reżysera, poety, a kto inny dla, dajmy na to, raczkującego dopiero w swym specyficznym fachu kieszonkowca czy włamywacza, bo przecież autorytety nie są zarezerwowane wyłącznie dla społecznie akceptowanych rejonów ludzkiej działalności.
Wiara w autorytety powoduje, że – jak napisał kiedyś Lew Tołstoj – nawet ich błędy przyjmowane są za wzorce.
Bywają, co prawda, „wolnomyśliciele” kwestionujący wszelakie autorytety i głoszący, że należy je odrzucać, dyskredytować, ale podejrzewam, że w gruncie rzeczy oni sami chcieliby zająć ich miejsce.
Skoro autorytety potrafią oddziaływać na mentalność i zachowanie ludzi, to już krok tylko do wykorzystania takich cieszących się zaufaniem postaci do określonych celów praktycznych, na przykład politycznych. Polegać to może na prowokowaniu ich do publicznego zabierania głosu w celu poparcia jakiegoś polityka, programu partii, ideologii, choćby nawet ów polityk, program lub ideologia zupełnie na to nie zasługiwały. Ale rolę „pożytecznego idioty” – by użyć określenia Lenina – spełnić może także ktoś, kto w swojej własnej dziedzinie ma uznany dorobek, natomiast w innych kwestiach jest naiwny jak dziecko, albo też zwyczajnie głupi. Czyż i dzisiaj nie obserwujemy takiego zjawiska?
Dla obecnych czasów charakterystyczne jest jeszcze coś innego. Za sprawą mediów narodziła się „instytucja” tzw. celebrytów, a więc autorytetów z gruntu fałszywych, wykreowanych sztucznie, które nie legitymują się jakimikolwiek znaczącymi osiągnięciami na żadnym polu. Celebryci, reprezentujący nierzadko tandetny przemysł rozrywkowy, znani są z tego, że są znani. Sami nie muszą się na czymkolwiek znać, co nie przeszkadza im jednak wypowiadać się na każdy możliwy temat. Żywi się tymi banalnymi w istocie, często wręcz trywialnymi osobnikami kolorowa prasa plotkarska, potrzebni są reklamie, za którą stoi biznes, no i – jakże by inaczej – politycznym „cetnrom dowodzenia”, bo znakomicie nadają się do wciskania w umysły młodych głównie, bezkrytycznych odbiorców pożądanych ideologicznie treści, budowania światopoglądowych stereotypów, nie mówiąc o ośmieszaniu politycznych przeciwników, które to działanie jest popularnym u nas chwytem w walce politycznej. Nad celebrytami pracują zazwyczaj specjaliści od PR, którzy dopracowują ich wizerunek, instruują, jak się zachować, co powiedzieć, dbają, by pokazując się na ekranie, czy udzielając wywiadów właściwie odegrali swą „rolę”, nie przekraczając ram poprawności politycznej. Nie trzeba dodawać, że „wypadnięcie” z takiej roli poprzez przekroczenie nakreślonych ram postępowania jest równoznaczne z zakończeniem kariery celebryty. Celebryty, czy może raczej kogoś na kształt, pardon …tresowanej małpy?
.
Janusz Janyst

Kwiecień-28-11

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Jak Jolka zrobiła sobie sonet

.

Przeczytaliście tytuł i sobie myślicie: sonet się pisze, a nie robi! Nie prawda. Ja go własnoręcznie zrobiłam w pocie czoła. Ale zacznijmy od początku.

Hania Prosnak poświęciła swój cenny czas na warsztaty, w czasie których mieliśmy uczyć się pisać sonety. Ja wiedziałam, że nigdy z nimi nie miałam do czynienia, więc nie powinnam brać się za to sama, tylko czekać, aż mnie fachowiec nauczy, ale gdzież tam! Przecież trzeba błysnąć intelektem. Na pierwszy ogień poszedł internet. Przerobiłam sumiennie Petrarkę, Mickiewicza i Słowackiego, o Wikipedii nie zapominając. Uzbrojona w wiedzę usiadłam do pisania i zaczęły się schody. Chciałam cudownie i romantycznie, a fachowiec czyli Hania starała mi się bardzo łagodnie wytłumaczyć, że wyszły powidełka dla mojego ukochanego, a nie sonet, a nasza szefowa Agnieszka Battelli bezlitośnie wybuchnęła śmiechem. A ja tak lirycznie i romantycznie i tak zgodnie z epoką! Mało tego liczyłam zgłoski, liczyłam wersy, przerabiałam i dopasowywałam z wywieszonym ozorem. Ale tak to już jest, że prawdziwie poetyckiej duszy nikt nie zrozumie! Więcej sonetu nie zrobię i tyle. Niech świat na tym straci!

Kwiecień-11-11

JANUSZ JANYST

posted by Agnieszka

***

Kochać minione i przyszłe

.

Małgorzata Skwarek-Gałęska, łódzka poetka. W dorobku pięć wydanych tomików wierszy, kolejny ukaże się wkrótce. Sama charakteryzuje się w sposób lapidarny: mam dwie córki, z których jestem dumna. Pracuję jako bibliotekarka i kocham tę pracę. Staram się być wierna swoim przyjaciołom i swoim zasadom.

.

Miłość do córek uzewnętrznia Skwarek-Gałęska w poetyckich strofach: śpijcie małe smuteczki/ w małych serduszkach/ niech się wypełnią radością/ wszystkie kąty dzieciństwa („Małe smuteczki” ze zbiorku „Biała róża to senne marzenie”). Z myślą o dzieciach przygotowała – okraszone wierszykami – opowiadania o mieszkającym w bibliotece, acz ciekawym Łodzi, stworku Bibliociku. Opowiadania zostały wydane w ubiegłym roku w przygotowanej wspólnie przez sześć autorek książce „Łódzkie czary-mary”.

Jej poezje są nabrzmiałe emocjami. Dajesz uczucie/ którego nikt nie chce/ dajesz zbyt wiele/ i nie mogą uwierzyć/ i nie mogą pomieścić/ i nie mogą udźwignąć/ tej ilości uczucia (tytułowy wiersz wspomnianej „Białej róży…”). Optymizm, bynajmniej, nie jest dla autorki nastrojem dominującym. Ma gorzką świadomość, że raczej nie odbędzie już swojej drogi do gwiazd. Zamiar, by upodobnić się do drzewa w upartym dążeniu wzwyż, zastąpiło smakowanie drobnych radości, jakie przynosi codzienność. Z tytułowego wiersza tomu „Zza zakrętu” wyziera nostalgia za latami beztroski: w rozpadającym się nagle życiu/ bywa pomacham/ zza jakiegoś kolejnego wyboru/ dniom kwaśnych jabłek.

Skwarek-Gałęska została boleśnie doświadczona przez los tragedią rodzinną, nagle utraciła męża. Nie waha się wyznać, że kiedyś była podobna ćmie a zgaśnięcie lampy odczuła jako paraliż. W tomiku „Mosty bez poręczy” dzieli się z czytelnikami bólem, ale też i obecną filozofią życia: wszystkiego się boję/ mimo to przyspieszam/ by kochać wszystko/ minione i przyszłe.

Lektura tej poezji to nie tylko wejście w świat intymnych odczuć poetki, ale i dotknięcie mającej szerszy wymiar problematyki egzystencjalnej. To zarazem współuczestnictwo w diagnozie rzeczywistości, w której sroży się pieniądz, w której jesteśmy zastraszani nachalną informacją/ spalani miotaczami ekranów/ bombardowani słowami. W takiej rzeczywistości, a może raczej w ucieczce od niej, wartością samą w sobie staje się dostrzeżenie choćby i kątem oka pierwszych wiosennych kwiatków…

.

JANUSZ JANYST

Luty-14-11

Tomasz Bieszczad

posted by Agnieszka

***

Zimny wychów

Nie dowiesz się nigdy

do czego byłeś zdolny…

(Urszula Kozioł)

Miasto. Które nie jest ani gorsze, ani lepsze od innych. Które szuka siebie, które siebie goni, które przed sobą ucieka. Jego lokatorzy uparli się, by uważać je za „złe”. Prawdopodobnie chcą dzięki temu mieć alibi dla swoich ciężkich grzechów zaniechania.

W tym Mieście poeci. Ale każdy z nich osobno, jak to poeci. Na przykład Andrzej Sawczenko. Ofiara, którą mimochodem, nie narzucając się nikomu, złożył ze swojego straconego życia. Ofiara za mnie i za ciebie, za nasze małostkowe dreptanie w miejscu, wymierzona przeciw samotności i wzgardzie. Oczywiście daremna. Nie tak widowiskowa, jak dumny lot Jana Lechonia z amerykańskiego wieżowca, ale upadek też na pewno bolesny, chociaż rozłożony na raty. Lecz kogo na świecie interesuje nieznany łódzki poeta, pijak nagabywany przez ubeków, autor jednego tomiku wierszy, w dodatku pełnego błędów korektorskich i złożonego mikroskopijnym drukiem dla naprawdę bystrych oczu…? To może Jacek Bieriezin? Autor kilku tomików, gwiazda pierwszej wielkości? Poza tym – jaka ciekawa biografia: permanentny bunt i wieczne pretensje do ustroju sprawiedliwości społecznej. I ten gwałtowny finał, tyle przypadkowy, co logiczny, na autostradzie pod Paryżem. A może Jerzy Waleńczyk? Kiedyś widziałeś go biegnącego przez kanion Piotrkowskiej, z rozwianym włosem i falującymi na wietrze połami starej jesionki. Pamiętasz? Jego przypadkowe, nagłe spojrzenie, a w jego oczach wyrzut, bolesne ukłucie. Pomyślałeś wtedy, co? „Daremność. Odrzucenie. Nieobecność…” Łódzkie słowa-klucze.

Daj spokój! Przecież każdy z nich chyba wiedział, na co się pisze. W „Tym Kraju” los tylko z rzadka uśmiecha się do Poety. Raz na sto lat, na skutek szczęśliwego zbiegu międzynarodowej koniunktury, zdarza się tu spokojne i sensowne Dwudziestolecie między Wielkimi Wojnami. Ulga. Komfort. Poeta może wtedy – w przerwach między układaniem wierszy – pisać piosenki do kabaretu, albo do radia, wymyślać hasła reklamowe, lub noworoczne szopki, korzystać z protekcji Władzy. Ma popularność, szacunek i naprawdę przyzwoite honoraria w przedwojennych złotych. Jeśli coś go razi, to przelane na papier, nabiera – jak u Tuwima – stylu i dystansu:

Jubiluje dzicz pogańska,

Megafony ryczą z mieszkań.

Mnie syrenka horacjańska

Za odległe wzgórze pierzcha.

Na co dzień jest jednak inaczej: kłopoty finansowe i kłopoty z natchnieniem, poczucie niespełnienia, użeranie się z urzędnikami od limitów papieru, dyktatorami polityki kulturalnej. No, i to zbyt częste sięganie po alkohol: bo odczucie numinosum (wzniosłości natury) przychodzi częściej przy barze, niż na łące. Raczej w czasie leczonego rankiem kaca, niż podczas spaceru po parku. Bo, jak pisał Miłosz:

Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów

Ale czyste i dostojne słowa były zakazane.

Gdzieś w głębi podświadomości, podoba ci się to uwikłanie, przyznaj. Można dzięki niemu uporać się z poczuciem winy. Jeżeli w Tym Kraju jest się poetą, trzeba cierpieć umiejętnie. Trzeba kontrolować cierpienie, rozkładać je metodycznie na raty. Mając obowiązek życia w obszarze daremności, trzeba się wykazać maksimum sprytu. Musisz mieć alibi.

Czasem Los doceni. Cierpliwość zostaje nagrodzona. Zdarzy się Super Koniunktura i przyjdzie Odwilż: Można nawet dostać Nobla. Wtedy jest lepiej. Skrzek karłów i demonów trochę przycicha. Na chwilę.

Odwilż trwa jednak zbyt krótko, aby pozostawić trwałe ślady. Przedwiośnie zbyt płynnie przechodzi w Zimę. Przy tak zmiennej pogodzie trudno się odnaleźć. Do głosu dochodzi towarzysz Fatum. Nadzieja okazuje się dziecięcą chorobą naiwności. Karnawał zmienia się w ruską smutę, a zrywy gospodarcze zaczynają służyć zaspokajaniu apetytu towarzysza Fiskusa. Wkrótce dawni koledzy z opozycji podejmą kolejną, całkiem udaną, próbę przekształcenia Odwilży w Republikę Kolesiów. Poezja łagodnie przechodzi w prozę poetycką, ale raczej nudną. Blizny po ukąszeniach heglowskich nie chcą się zagoić.

Ścigając jelenia zapuściłem się daleko w góry

I stamtąd widziałem

Widziałem nieobecność, królestwo przeciw-spełnienia

Karę utraconej na zawsze Obietnicy…

Wszystko powoli wraca do normy. Daremność, fatalizm, fiskalizm, melancholia, demagogia, dominacja, amnezja, amnestia. Gra półsłówek i kalamburów, ulubiona przez nowomodnych poetów, stój Halina, pradziadek przy saniach, maski. Brak powagi. Huśtawka nastrojów. Dlatego twoją specjalnością w żadnym razie nie mogą być wygody, ani sukces. Tylko prowizorka, lęk o jutro, o dzieci. I uparte wbijanie do głowy, że te kruche wysiłki może w każdej chwili zniweczyć jakiś niespełniony artysta, ubek. Albo – w najlepszym razie – były ubek.

Więc – jak tu nie pić? Ależ pić, jasne że pić. Zresztą, jak nie wóda, to zdrada. Jak nie kłamstwo, to rak krtani… Z tym ubekiem trochę przesadziłeś, prawda? Tak, ale trochę: Kraj jest przechodni, przechodzony, leży w amfiladzie. Byle gnojek ma tu swoje tajemnicze szlaki, interesy, które musi ubezpieczać ubekami. Lepiej poczytać Święte Pisma. W nich jest prawie wszystko, czego potrzebuje polski poeta. Św. Jan od Krzyża pisał:

Usiłuj zawsze skłaniać się nie do tego, co smakowite, lecz do tego, co niesmaczne; nie do tego, co wzniosłe i cenne, lecz do tego, co niskie i wzgardzone; nie do tego, aby pragnąć czegoś, lecz do tego, by nie pragnąć niczego; nie szukaj tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych, ale tego, co gorsze.

I dziękuj. Za życie niespełnione, za depresje wstydliwie utajnione, za ludzkie odrzucenie, za Boże Milczenie, za kalekie numinosum, za kłopoty finansowe, za nerwy na wierzchu, za pokusę lotu z okna hotelu, za zdrady doznane, za nagrody samorządowe nie doczekane… Dziękuj urzędnikom od limitów papieru i dyktatorom mód kulturalnych. Dziękuj kapryśnej publiczności. Dziękuj „złemu” miastu. Kim byłbyś bez niego? Nie dowiesz się nigdy do czego byłeś zdolny… Choć od zawsze to wiesz: Jesteś wielki. Jutro zmartwychwstaniesz. Nawet dzisiaj. W jakimś pogardzanym łódzkim teatrze, na jego małej scenie. Ktoś ze sceny poda ci rękę. Wyciągnie z Cienia. Na chwilę. Czy słyszysz te oddechy, te szepty? Słyszysz? Te skąpe brawa? Znów żyjesz. Przez chwilę. Naprawdę. Żyjesz.

(Tekst z programu do spektaklu „Wiersze zmartwychwstałe”

w Teatrze Nowym w Łodzi, premiera: 12 kwietnia 2004)


Listopad-6-10

Janusz Janyst- „Kultura i Biznes” nr 45

posted by Agnieszka

***

Kto wymyślił „cztery kultury”?

.

W „Gazecie Wyborczej” (ale nie tylko tam) po raz kolejny przeczytałem, że pomysłodawcą Festiwalu Dialogu Czterech Kultur był Witold Knychalski. „Importowany” do naszego miasta dyrektor tegorocznego festiwalu „Powroty – Łódź Czterech Kultur”, Bogdan Tosza, w udzielanych wywiadach i przy kilku innych okazjach odmieniał przez różne przypadki nazwisko Knychalskiego właśnie jako tego, który wpadł na świetny pomysł skonfrontowania podczas imprezy artystycznej kultur dawnej Łodzi (idea to przecież na tyle cenna, że jej twórcy nie można było nie uhonorować ulicą).W bezpośredniej rozmowie z Toszą zorientowałem się, że nie został on przez nikogo poinformowany, że narodziny koncepcji festiwalu mogły wyglądać jednak nieco inaczej.

Niektóre media w dziwny sposób już „zapomniały”, że w 1999 roku Łódzkie Towarzystwo Muzyczne zainicjowało festiwal „Ziemia Obiecana” poświęcony czterem, współtworzącym dawną Łódź, kulturom – polskiej, niemieckiej, żydowskiej i rosyjskiej. W dwóch następnych edycjach festiwal ŁTM nosił nazwę „Kultury dawnej Łodzi” i dał w sumie mieszkańcom naszego miasta sposobność wysłuchania zróżnicowanych pod względem zawartości koncertów z udziałem wybitnych artystów, np. wiolonczelisty Mischy Maisky’ego z Izraela, rosyjskiego pianisty Aleksieja Orłowieckiego, niemieckiego organisty Wolfganga Zerera, skrzypaczki Barbary Górzyńskiej, orkiestry i chóru z Berlina oraz Hamburga, Kwartetu Kozaków Dońskich „Kumovya”, zespołu „Kroke”, comba Włodzimierza Nahornego. Trzymano się zasady zestawiania tego, co najlepsze u nas (choćby dokonań orkiestry Filharmonii) z osiągnięciami artystycznymi innych. Względy finansowe spowodowały jednak, że ŁTM nie mogło na dłuższą metę udźwignąć tego przedsięwzięcia, tym bardziej, że były ambitne plany związane z interdyscyplinarnością festiwalu. W Łodzi zawiązało się wówczas dotowane centralnie Towarzystwo Na Rzecz Dialogu Kultur „Łódź – Ziemia Przyszłości”, które wraz z Telewizją Polską S.A. i Urzędem Miasta Łodzi, dysponując kilkumilionowym budżetem, zorganizowało w 2002 roku pod patronatem Leszka Millera własny „Festiwal Dialogu Czterech Kultur”. Jako twórcę koncepcji eksponowania czterech kultur w formie festiwalu ogłoszono oficjalnie prezesa Towarzystwa „Łódź – Ziemia Przyszłości” – dobrze umocowanego politycznie i to, bynajmniej, nie po stronie prawej – Witolda Knychalskiego. Od tego momentu większość mediów lokalnych, wychwalających przedtem za pomysł i realizację imprezę wcześniejszą, spuściła na ŁTM zasłonę milczenia i niepamięci (jakiż to pouczający przykład manipulacji!), zaś kontynuowany odtąd każdej jesieni „Festiwal Dialogu Czterech Kultur”, budzący – w przeciwieństwie do imprezy go poprzedzającej – od samego początku zastrzeżenia programowe i organizacyjne, znalazł się w relacjach prasowych, wraz ze swym „pomysłodawcą”, pod parasolem ochronnym. W ŁTM, i w ogóle w środowisku muzycznym, do dziś mówi się o tym z goryczą.

Tegoroczny festiwal „Powroty – Łódź Czterech Kultur” wypadł może pod pewnymi względami ciekawiej, niż choćby ubiegłoroczny „Festiwal Dialogu Czterech Kultur”, nie zmienia to wszakże faktu, że z „kłamstwem założycielskim” nadal mamy do czynienia (a lepiej, by „powrotów” do tego kłamstwa więcej nie było!). Dyrektor imprezy Bogdan Tosza, zarazem p.o. dyrektora naczelnego Miasta Dialogu w Łodzi, zadbał, by w przeciwieństwie do chaotycznie tworzonych nieraz programów wcześniejszych edycji, nie pojawiały się zjawiska „z zupełnie innych parafii” a proporcje między prezentowanymi kulturami narodowymi były bardziej wyważone. Ale jeśli już o takich proporcjach mowa, to jest drobna uwaga dotycząca traktowania …właśnie mediów. Sam byłem świadkiem, jak na spektakl teatralny wchodzili bez problemu żurnaliści z gazet wydawanych przez Niemców („Dziennika Łódzkiego” oraz „Ekspresu Ilustrowanego”) a nie wpuszczono – rzekomo z braku miejsc – przedstawicieli rodzimych periodyków: „Tygla Kultury” (mającego zresztą status jednego z patronów medialnych festiwalu), „Piotrkowskiej 104”, „Kultury i Biznesu”, „Aspektu Polskiego”, „Niedzieli”. A przecież także i w tej dziedzinie równowaga winna być zachowana.

Wrzesień-26-10

JANUSZ JANYST

posted by Agnieszka

***

Recenzenckie manipulacje

.

Jednym z celów medialnej manipulacji jest kreowanie – najczęściej w zależności od bieżących potrzeb politycznych – pozytywnego lub negatywnego wizerunku takiej czy innej osoby publicznej, szczególnie zaś określonego polityka. Zatrzymajmy się na tym problemie i spytajmy, czy w kulturze – dziedzinie, wydawałoby się, odległej od manipulatorskich poczynań – również nie pojawiają się podobne praktyki?

Od lat obserwuję życie muzyczne, śledzę to, co się dzieje w Łodzi, np. w naszej reprezentacyjnej placówce, jaką jest Teatr Wielki. W latach 1982-1991 dyrektorem łódzkiej opery był Sławomir Pietras i, niewątpliwie, jego kadencja związana była z jednym z lepszych okresów w historii tej sceny. Ale zdecydowanie nie był to dla Teatru Wielkiego okres najlepszy, jak próbowały to w swoim czasie wmówić odbiorcom lokalne media (szczytowy okres, do czego nie ma najmniejszej wątpliwości, przypadał na „rządy” w latach 1967-1972 pierwszego, legendarnego już tandemu dyrektorskiego: Stanisław Piotrowki – Zygmunt Latoszewski). Pietras był wyśmienitym menedżerem, animatorem, umiał też doskonale zadbać o public relations. Był ustosunkowany i w gruncie rzeczy on sam w pewnym stopniu decydował, kto może recenzje z premier pisać, a kto nie. Zaprzyjaźnionych recenzentów dodatkowo „urabiał” zapraszając ich na jakże atrakcyjne w tamtych latach wyjazdy zagraniczne razem z zespołami teatralnymi. Gdyby zastosować rygorystyczne kryteria etyki dziennikarskiej, można by tu mówić o jakiejś formie korupcji. W efekcie łódzcy redaktorzy stworzyli nieadekwatny do rzeczywistości obraz dyrektora, jako autora wyłącznie sukcesów. Premier całkowicie udanych nie było za dużo, z mediów natomiast wynikało, że wszystko, co się dzieje w gmachu na placu Dąbrowskiego, jest rewelacyjne. Niżej podpisanemu, regularnie publikującemu recenzje muzyczne (głównie z filharmonii) w jednej z łódzkich gazet codziennych, ale do „dworu Pietrasa” nienależącemu, nie wolno było w tejże gazecie w ogóle dotknąć tematu Teatru Wielkiego. Recenzje operowe, nieraz krytyczne, musiałem zamieszczać w periodykach a w „moim” dzienniku TW obsługiwała recenzencko „sprawdzona” pani, skądinąd niemająca z muzyką wiele wspólnego (notabene czymś dość zabawnym jest artykuł, jaki ukazał się w wydanej pięć lat temu przez łódzką Akademię Muzyczną książce pt. „Łódzka scena operowa”. Młoda doktor napisała o Pietrasowej „epoce” na podstawie wybiórczo zgromadzonych przez Teatr Wielki, pochlebnych recenzji i w ten sposób „nauka” stała się przedłużeniem niegdysiejszej, medialnej propagandy).

Odwrotne działania prasowe można było dostrzec w czasie pierwszego w teatrze operowym na placu Dąbrowskiego, a przypadającego na lata 1994-97, „dyrektorskiego podejścia” Kazimierza Kowalskiego. Dwoje wpływowych dziennikarzy z czołowych dzienników, którzy akurat się z nim procesowali, dosłownie z błotem mieszało każdą premierę i starało się szefa placówki maksymalnie zdeprecjonować. Poziom artystyczny sceny faktycznie spadł, jednak wcale nie wszystko wyglądało tak, jak to przedstawiały gazety. Było więc podobnie, jak w wypadku Pietrasa, tylko w drugą stronę. Jest godne ubolewania, że motywem postępowania zobowiązanych do uczciwości zawodowej recenzentów w dużym stopniu stały się względy pozaartystyczne.

I wreszcie okres 2006-2008, czyli drugie „podejście” Kowalskiego do kierowania tą samą placówką. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej wszystko się nagle odwróciło, recenzje pisane przez niedawnego adwersarza (jego „partnerka” w międzyczasie odeszła z zawodu) zaczęły być pochlebne. Nawet te, które dotyczyły zupełnie żenujących prób reżyserskich dyrektora. Skąd ta zmiana? Tajemnica miała się wkrótce wyjaśnić – recenzent ów był po postu przez Teatr Wielki opłacany, co stanowiło już korupcję jawną. Żurnalista stracił zresztą z tego powodu etat w redakcji. Ale – co jest szczegółem nader pikantnym – nadal należy do stanowiącej swoistą „ferajnę” grupy przyznającej Złote Maski…

Jak widać, manipulacja medialna jest nieobca także dziedzinie kultury. Z podjętym tematem integralnie wiąże się problem recenzenckiej etyki, tym razem zaledwie „muśnięty”. Do tego problemu wypadałoby niebawem powrócić.


Sierpień-30-10

JANUSZ JANYST -”Aspekt Polski” 8/2010

posted by Agnieszka
***

Niepotrzebna Rota?

.

W 1908 roku Maria Konopnicka opublikowała w krakowskim miesięczniku „Przodownica” tekst, napisanej prawdopodobnie dużo wcześniej, „Roty” – słynnej później pieśni

patriotycznej. W styczniu1910 roku muzykę do tego tekstu dokomponował Feliks Nowowiejski.

W związku z Rokiem Grunwaldzkim Konopnicka przesłała w lutym tegoż roku swój wiersz również do redakcji chicagowskiej „Gazety Polskiej” nazywając go „rotą przysięgi na wierność Ojczyźnie”. Przysięgę tę wydrukowały zarazem pisma w trzech zaborach.

Nowowiejski muzykę skomponował ponoć w rekordowo krótkim czasie (liczonym na minuty), w trakcie spotkania z dyrygentem chóru krakowskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Prawykonanie utworu przez ten właśnie chór odbyło się po kilkunastu dniach, jednak „wielka premiera” nastąpić miała nieco później, podczas odsłonięcia ufundowanego przez Ignacego Jana Paderewskiego pomnika grunwaldzkiego w Krakowie, 15 lipca 1910 roku. Tym razem „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród…” zaintonował chór 600-osobowy, wyłoniony z kilku tysięcy śpiewaków ze wszystkich zaborów. Zgromadzony na Placu Matejki stutysięczny tłum mógł doświadczyć szczególnej mocy pieśni, która dla wielu pokoleń stać się miała narodowym credo a pretendowała też później do roli hymnu państwowego.

Mamy i obecnie Rok Grunwaldzki. W stulecie powstania „Roty” w wersji słowno-muzycznej – której, tak się złożyło, w bieżącym roku miałem na razie okazję wyłącznie raz posłuchać, i to nie na żadnym koncercie, lecz w kościele, po zakończeniu Mszy, w wykonaniu wiernych – przeprowadziłem prywatną mini ankietę wśród uczniów gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych. Chodziło mi przede wszystkim o zorientowanie się, czy obecna młodzież zna autorów oraz słowa „Roty” – tak ważne dla naszych przodków. I cóż się okazało? Po pierwsze, z kilkanaściorga uczniów tylko część wiedziała, że słowa są autorstwa Konopnickiej, lecz już nikt nie umiał podać nazwiska kompozytora. Po drugie zaś, i najważniejsze, dosłownie nikt nie potrafił przytoczyć całego tekstu choćby tylko pierwszej zwrotki. Może miałem pecha, może grupa nie była reprezentatywna, niemniej obaw co do poziomu edukacji patriotycznej obecnych uczniów, których wypada przecież nazwać „przyszłością narodu”, trudno w tej sytuacji nie mieć. Idę o zakład, że w szkołach częściej dziś rozbrzmiewa hymn Unii Europejskiej, aniżeli ”Rota”. Być może wspólne dzieło Konopnickiej i Nowowiejskiego uważa się już za nieaktualne, niepotrzebne?

À propos. W Gdańsku, pod pretekstem remontu, zdjęto w 2003 roku z wieży zegarowej ratusza carillon grający od ponad 40 lat właśnie Rotę. Zapewniano, że wróci na swoje miejsce, ale było to kłamstwo. W następnym roku polską pieśń zastąpił hymn Unii Europejskiej. Nie pomogły żadne interwencje i protesty. Symbol wierności Ojczyźnie przegrał z miejscowymi biurokratami.

Sierpień-30-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Autoportret pięćdziesięciolatki

.

Na zewnątrz mam 50 lat. Moja skóra ma 50 lat, moje włosy też tyle mają. Na domiar złego jestem oględnie mówiąc puszysta. Są tacy, którzy są mniej oględni, ale to nie należy do rzeczy, bo w środku jestem szesnastolatką i to jaką fajną! Mój szesnastoletni charakter znajduje ujście w pisaniu, a moje szesnastoletnie serce jest zakochane po uszy, o ile serce je ma.

Moim największym problemem jest to, że wszyscy traktują mnie jak matronę, wiedzą, co mi wypada, a co nie, w co powinnam się ubrać, co powinnam mówić, jak powinnam się zachowywać. Nienawidzę słowa powinnam. Uwielbiam robić to, czego właśnie absolutnie nie powinnam.

Mam dorosłego syna, który jako jedna z nielicznych osób traktuje mnie tak, jak na to zasługuję, to znaczy po prostu odwrócił role. Sztorcuje mnie czasami jak własne dziecko i zachowuje się jak typowy ojciec, a przecież to ja jestem jego matką! Moja mama z kolei jest oburzona, że mu na to pozwalam. A właściwie dlaczego nie? Jeżeli sprawia mu przyjemność taka forma opieki nade mną, jeżeli wynika to z jego troski o mnie, a mnie nie przeszkadza to pytam: dlaczego nie? Czy tylko dlatego, że nie jest to ogólnie przyjęte? Zostałam wdową w wieku 33 lat z ośmioletnim dzieckiem, które w jakiś dziwny sposób od razu wydoroślało i zaczęło przejmować coraz więcej obowiązków tzw. „głowy domu”. Syn pomagał mi we wszystkim, uczył się nawet gotować. W miarę jak dorastał stawał się coraz bardziej ojcowski, a coraz mniej synowski, zwłaszcza, że jego matka zamiast się starzeć młodniała.

Mając 48 lat poszłam do „szkoły”. Syn znalazł mi warsztaty bajkopisarskie, w których utknęłam całą duszą. Pisałam wcześniej do szuflady, gdyby nie on nie wzięłabym udziału w programie Babcia Nadaje i nie miałabym wydanej pierwszej książeczki. Znów zrobił to, co matka dla dziecka i wiedział, co jest dla mnie najlepsze. W tej chwili kończymy już następny program – Latające Babcie i mam zamiar wziąć udział w kolejnym. Piszę również dla portali internetowych, a on nadal wynajduje dla mnie konkursy w których biorę udział. Byłam najmłodszą z Babć, koleżankom zdarzało się powiedzieć: cicho smarkata, a mnie się to bardzo podobało. Przecież wewnątrz właśnie taka jestem.

Jestem szczęśliwa, że ludziom podobają się moje bajki, wiersze, satyry, że docierają do coraz większej liczby osób, szkoda tylko, że wydawnictwa ich nie chcą, ale nie tracę nadziei, że i na to przyjdzie kolej. Bardzo dobrze czuję się w grupie koleżanek, takich samych zapaleńców (pewnie powinno być zapaleńcówien?) jak ja. Mamy również jednego rodzynka – dla ozdoby. Oczywiście żartuję, że dla ozdoby bo jego bajki i wiersze są bardzo dobre. Piszemy, chodzimy czytać nasze bajki w przedszkolach i domach dziecka i mamy bardzo mało czasu na rozmyślania nad wiekiem każdej z nas. A ja dzięki temu nie mam również czasu na myślenie o moim życiu zawodowym.

Długo byłam bezrobotna, mimo że jestem z wykształcenia ekonomistką i skończyłam różne kursy np.. bukieciarstwo. Kilka stron zajęłoby samo opisanie, jak szukałam pracy. Jako bukieciarka zostałam zatrudniona na początku października któregoś roku, pracowałam po kilkanaście godzin, również w niedziele, aż do Wszystkich Świętych. W połowie listopada nie było już potrzeba dodatkowych pracowników, więc mimo umowy wróciłam do Urzędu Pracy. Albo nie znałam dobrze komputera, albo byłam za stara. Byłam również za młoda, bo akurat potrzebowali rencistów albo niepełnosprawnych. Kiedy dostałam decyzję o lekkiej niepełnosprawności potrzebowali z umiarkowaną, prawdopodobnie z uwagi na większe dopłaty. W końcu uszczęśliwiona, że w ogóle coś mam zostałam opiekunką osób starszych. Jestem z natury troskliwa i miła, oczywiście kiedy mnie nikt nie zaczepia, więc współpraca układa się dobrze, ale jest tak wyczerpująca fizycznie i psychicznie, że uciekam w pisanie kiedy tylko się da. Poza tym pieniądze są śmieszne i w sukurs jak zawsze przychodzi mi mój syn.

Nie mam wsparcia ze strony mamy. Uważa moje pisanie za niepotrzebną stratę czasu, który powinnam bez reszty poświęcać jej. I znów to znienawidzone słowo! Robię dla niej tyle ile mogę, pomagamy oboje, ale dla niej to i tak za mało. Należy ona do osób, którym zawsze wiatr w oczy, a wszystkiemu jest winien zły los i inni ludzie. Akurat nad tym wątkiem nie będę się rozwodzić, ale byłoby mi bardzo miło gdyby i mama była ze mnie dumna, gdyby i jej podobało się to co piszę. Nikt nie lubi lekceważenia rzeczy, w które wkłada tak wiele serca.

No właśnie, doszliśmy i do serca. Dzięki niemu powstawały i powstają wiersze, które naprawdę się podobają. Słyszę i czytam komentarze znajomych i nieznajomych. Dostaję wyróżnienia i nagrody w konkursach na bajki i poezje. Zawsze najpierw nie mogę uwierzyć, że właśnie ja, a potem tańczę po pokoju i słyszę od mamy pytanie kiedy wreszcie dorosnę. Mam nadzieję, że nigdy.

Byłam przerażona, kiedy zbliżały się pięćdziesiąte urodziny. Martwiłam się, że może od razu stanę się stara i zacznę zachowywać się jak babcia, którą dzięki Bogu jeszcze mnie syn nie zrobił, w głowie mi dudniło, że przekroczę piąty krzyżyk i zacznę szósty, a kiedy obudziłam się w dniu tych strasznych urodzin byłam dokładnie taka sama! Zwariowana, roztrzepana, romantyczna, a nawet nadal puszysta. W myśl obowiązujących kanonów powinnam się zmienić w zasuszoną, zgorzkniałą kobietę, która wie, co powinna, a przed nią już tylko z górki. A tu niespodzianka! Jestem, jaka jestem. Raz z górki, raz pod górkę, jak to w życiu. Nadal robię duże głupstwa i małe głupstewka, nadal szukam pracy, nadal mam marzenia i kieruję się sercem zamiast głową. Co ja poradzę, że akurat ten narząd jest u mnie najważniejszy. Inne opiekunki mają godziny od do, ja nie. Mam czas pogadać przez telefon z podopiecznymi, mam czas podjechać w sobotę po południu, kiedy wnuki nie mają czasu, a dziadek boi się sam wezwać pogotowie i chce, żeby ktoś z nim był. Mam czas odwiedzać ich, kiedy są w szpitalu. Mam czas na moją „szkołę” – tak nazywam warsztaty i na pisanie i na miłość. Mam również czas na gotowanie i pieczenie i uwielbiam to robić. U mnie maksyma „przez żołądek do serca” sprawdza się w stu procentach. Najmniej czasu mam na sprzątanie. Trochę dlatego, że mam sunię, po której można sto razy sprzątnąć i jest ta sama sierść na dywanie, podłodze i wersalce, trochę dlatego że jest to moje najmniej ulubione zajęcie, trochę za dużo sprzątania jest u podopiecznych. Uważam też, że dom jest dla ludzi, a nie ludzie dla domu i nawet jak nie można „jeść z podłogi” i „przejrzeć się w parkiecie” to zawsze można jeść z talerza i przejrzeć się w lustrze. Nie jestem ideałem i już! Jest jeszcze coś, co umiem i lubię robić – praca z modeliną i drapanki zamiast pisanek. Z modeliny robię stwory i stworki, zwierzątka, kwiaty i postaci z bajek. Natomiast na jajkach wydrapuję igłą, nożem, pilniczkiem przeróżne wzory, życzenia, wierszyki, zajączki, baranki i bazie. Dla rodziny, dla znajomych, dla przyjemności i żeby było miło. Lubię jak jest miło, ludzie są dla siebie uprzejmi. Nie znoszę kłamstwa. Sama nigdy tego nie robię. Jeżeli muszę coś ukryć to po prostu o tym nie mówię i o dziwo! Umiem dotrzymać sekretu, mimo,że jestem wielką gadułą. Napisałam, że lubię, jak jest miło i że jestem łagodna z natury. To wszystko prawda, ale zalety niweczy ogromna wada – upór. Jeżeli uważam, że mam rację potrafię prowadzić dyskusję do upadłego i nic mnie nie przekona. Właściwie, to nawet lubię się kłócić wtedy, kiedy wiem, że nikogo nie obrażam, a przeciwnik nie ma racji. Dochodzi wtedy do głosu ta gorsza strona mojej natury, a że jestem spod znaku Bliźniąt, więc nietrudno zgadnąć że potrafię być nieprzewidywalna. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Obojętnie, czy miałam lat szesnaście, czy mam pięćdziesiąt moje zachowanie i charakter nie uległy zmianom. To nieprawda, że ludzie się zmieniają. Może, kiedy zmieniają się warunki rodzinne, sytuacja społeczna czy zawodowa ludzie się po prostu przystosowują, ale w głębi duszy pozostają tacy sami i gdy tylko jest to możliwe wskakują w starą skórę.

Było już o charakterze, zamiłowaniach, miłości więc przyszedł czas na zdrówko. Mój brat mawia, że jak skończysz pięćdziesiątkę i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz. Ja jednak mam trochę inne zdanie. Owszem tu mnie boli, tam mnie strzyka i pokasłuję, zwłaszcza, że o zgrozo! Palę. Ale na wszystko jest lekarstwo. Wystarczy się zakochać, a jeżeli już jesteśmy w długoletnim związku, to trochę go „podrasować” i wszystko przechodzi. Drogie pięćdziesiątki! Jeżeli chcecie być silne i zdrowe to nie tylko jedzcie owoce i warzywa, ale „ćwiczcie na drążku” – najlepsza recepta na zdrowie i dobry humor, jaką ktokolwiek wymyślił. Ja nie zgaduję, ja wiem! Kocham jak szesnastka!

Teraz troszkę o tym, co zostawiłam na koniec, jako zagadnienie najmniej ważne. Wiecie już na pewno, że pieniądze szczęścia nie dają, ale co nieco mieć by się przydało. Mogę śmiało stwierdzić, że jestem po prostu biedna. Bardzo często muszę sobie czegoś odmawiać, żeby starczyło na coś innego, ważniejszego. Zdarza się i tak, że nie starcza mi nawet na to najważniejsze, wtedy pożyczam. Jak pożyczę, muszę oddać, a jak oddam znów nie mam i kółko się zamyka, a jednak nigdy nie płakałam z powodu pieniędzy. Nawet jak długi przerosły moje wyobrażenia zamieniłam mieszkanie na mniejsze, chwytałam się przeróżnych prac dorywczych, pracowałam w przeróżnych zawodach. Wszystko to składa się na rozdziały książki zwanej życiem. Nie warto martwić się brakiem pieniędzy, skoro nie przymieram głodem. Po prostu warto pamiętać, że zawsze jest jakieś jutro, raz gorsze raz lepsze. Nigdy nie byłam pesymistką, według mnie wiara czyni cuda i góry przenosi więc trzeba wierzyć, że jutro będzie lepiej.

Jednak to jeszcze nie koniec, bo opisałam tylko jak widzi mnie syn i mama. A jak widzą znajomi, jak widzi mój ukochany? A tak samo. Widocznie swoim zachowaniem tak długo uświadamiałam wszystkim, że jestem nastolatką, a nie pięćdziesiątką, że niemal uwierzyli. Zawsze zostaje jakiś niedowiarek, więc stąd to niemal. Ale myślę, że z czasem i mama będzie tak zmęczona przekonywaniem mnie co powinnam, że się podda, bo ja jestem bardziej uparta.

I znowu końca nie widać, bo jakimś cudem umknęło mi opisanie mojej wiary w bajki, wróżki, karty, przepowiednie. Niektóre z pań pukają się w głowę, a ja pytam co to komu szkodzi? Dobre wróżby mi się spełniają, o złych zapominam, a gdybym nie wierzyła w to, co piszę cóż warte byłyby takie bajki, komu by się spodobały liryki? Gdybym nie wierzyła w magię to czy zakochałabym się w wieku pięćdziesięciu lat i to do utraty tchu? Zresztą, tą pięćdziesiątkę mam tylko na papierze, a szesnastkę w duszy, sercu i charakterze, więc może wcale nie powinnam napisać tego autoportretu?