Subscribe to Poetika – Portal Poetycki – Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki
Technorati
del.icio.us

***

Niesłusznie zapomniana rocznica – manifest Rady Regencyjnej

.

Siódmego października 1918 roku, pięć tygodni przed przyjętym później Dniem Niepodległości, Rada Regencyjna Królestwa Polskiego w wydanym manifeście zapowiedziała utworzenie niepodległego państwa polskiego. Rozwiązała też Radę stanu złożoną ze 110 posłów, która funkcjonowała od kwietnia 1918 roku oraz zapowiedziała powołanie rządu międzypartyjnego i rozpisanie wyborów do Sejmu. Oczekując na przejęcie całkowitej władzy z rąk niemieckiego i austriackiego okupanta Rada Regencyjna organizowała administrację cywilną, służbę bezpieczeństwa i wojsko. Wówczas w Polsce jedyną zorganizowaną i umundurowaną siłą zbrojną był pięciotysięczny korpus utworzony w 1917 roku z przyzwolenia Niemców. Rada Regencyjna odebrała dowództwo nad nim niemieckiemu generał-gubernatorowi Hansowi von Beselerowi i powierzyła je generałowi Tadeuszowi Rozwadowskiemu, późniejszemu pierwszemu szefowi Sztabu Generalnego Odrodzonej Polski. To posunięcie umożliwiło dalszą rozbudowę Polskiej Siły Zbrojnej, która w ten sposób stała się pierwszym zalążkiem wojska polskiego w kraju. Podjęto akcję werbunkową, która w samej tylko Łodzi dala kilkuset ochotników.

.

Warto przy tym wiedzieć, że Rada Miejska w Łodzi zdecydowanie popierała Radę Regencyjną i jej posunięcia, co wyraziła w rezolucji z 5 listopada. Nawet wieści o utworzeniu rządu ludowego w Lublinie z Ignacym Daszyńskim na czele, które dotarły do Łodzi 8 listopada, nie wpłynęły na zmianę układu sił w Łodzi. Zarząd Miasta do końca uznawał wyłączną zwierzchność Rady Regencyjnej, aż do jej samorozwiązania 14 listopada  1918 roku.

.

Opisane powyżej fakty miały bez wątpienia fundamentalne znaczenie dla późniejszego listopadowego upadku panowania niemieckiego w Kongresówce, zwłaszcza że Niemcy na tym terenie w garnizonach posiadali łącznie 80 tysięcy wojska. Tymczasem dla większości Polaków istnienie i działalność Rady Regencyjnej jest wielką białą plamą. Nic w tym dziwnego, albowiem ani w Polsce międzywojennej, od  roku 1926 zdominowanej przez piłsudczyków, ani tym bardziej za rządów komunistycznych, ani nawet później nie przywiązywano oficjalnie wagi do manifestu Rady Regencyjnej z 7 października. Jej trzyosobowy skład był bowiem zdecydowanie konserwatywny. Złożona zaś była Rada z arcybiskupa warszawskiego Aleksandra Kakowskiego, księcia Zdzisława Lubomirskiego, ówczesnego prezydenta Warszawy, i prawnika, hrabiego Józefa Ostrowskiego.

Z tych trzech postaci szczególna rolę odegrał, tak wówczas, jak i w 1920 roku, arcybiskup Aleksander Kakowski. Urodzony w 1862 roku, mając 23 lata uzyskał we Włoszech doktorat prawa kanonicznego, a rok później w Warszawie otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1910-1913 był rektorem Akademii Duchownej w Petersburgu, zaś w 1913 roku został arcybiskupem warszawskim. W latach wojny światowej bywał w Łodzi. W czasie niemieckiej okupacji wojskowej Kongresówki zachowywał się powściągliwie i nawet w liście pasterskim z 30 lipca 1915 roku zakazał duchowieństwu wszelkiej działalności politycznej, ale gdy potem część społeczeństwa przystąpiła do organizowania życia publicznego, arcybiskup zalecił współdziałanie w tych pracach, zwłaszcza w radach i dozorach szkolnych. Miał więc początkowo raczej negatywny stosunek do okupantów, ale postawa jego uległa zmianie pod wpływem wypadków rewolucyjnych w Rosji. Jego list pasterski z 16 kwietnia 1917 roku utrzymany był w duchu współpracy duchowieństwa z władzami. Gdy zaś na skutek nastrojów rewolucyjnych płynących z Rosji, zarówno władze okupacyjne jak i pewne grupy społeczeństwa polskiego dążyły do wzajemnego porozumienia, doszło 12 października 1917 roku do utworzenia Rady Regencyjnej, do której pod wpływem innych biskupów wszedł Aleksander Kakowski, jako przedstawiciel hierarchii kościelnej. Na wniosek arcybiskupa członkowie Rady Regencyjnej postanowili pracować honorowo, zrzekając się wyznaczonej pensji. W przełomowych dniach listopada 1918 roku najdłużej w łonie Rady Regencyjnej opierał się przekazaniu władzy zwierzchniej Józefowi Piłsudskiemu, uważając, że może ją przejąć dopiero sejm ustawodawczy.

.

Dla zrozumienia głębokiego patriotyzmu arcybiskupa Aleksandra Kakowskiego – a od 1919 roku kardynała – w okresie najazdu bolszewickiego, warte przytoczenia są fragmenty listu wysłanego 9 lipca 1920 roku do duchowieństwa w sprawie wykonywania obowiązków obywatelskich. Kardynał Kakowski polecał, aby ‘wiernych zachęcać z ambon i na zebraniach, do wypełnienia zaleceń zawartych w odezwie generała Hallera, aby propagować usilniej kupowanie pożyczki Odrodzenia Polski, aby tworzyć we wszystkich parafiach, głównie na prowincji, komitety parafialne opieki nad rodzinami walczących na froncie rodaków’. Zezwalał także, aby w tej wyjątkowej sytuacji ludność wiejska wykonywała w niedzielę prace w polu o ile tylko wcześniej tego dnia uczestniczyła we Mszy Świętej. Swoją drogą ciekawe, ilu dzisiejszych polityków oskarżyłoby kardynała o ‘mieszanie się do polityki’, choć przecież polityka to działanie dla dobra wspólnego.

.

Dla lepszego zrozumienia przełomowego dla tamtych dni znaczenia manifestu Rady Regencyjnej załączam pełną jego treść poniżej, albowiem w obecnych czasach, czasach polityki egoistycznej i nie zważającej na dobro Narodu i Państwa, nabiera on dodatkowego dziejowego znaczenia.

.

Jan Szałowski

Październik-7-15

Manifest Rady Regencyjnej do narodu polskiego

posted by Agnieszka

***

Manifest Rady Regencyjnej do narodu polskiego

.

Wielka godzina, na którą cały Naród Polski czekał z upragnieniem, już wybija.

Zbliża się pokój a wraz z nim ziszczenie nigdy nie przedawnionych dążeń Narodu Polskiego do zupełnej niepodległości.

W tej godzinie wola Narodu Polskiego jest jasna, stanowcza i jednomyślna.

Odczuwając tę wolę i na niej opierając to wezwanie, stajemy na  podstawie ogólnych zasad pokojowych, ogłoszonych przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, a obecnie przyjętych przez świat cały jako podstawa do urządzenia nowego współżycia narodów.

W stosunku do Polski zasady te prowadzą do utworzenia niepodległego państwa, obejmującego wszystkie ziemie polskie, z dostępem do morza, z polityczną i gospodarczą niezależnością, jako też z terytorialną nienaruszalnością, co przez traktaty międzynarodowe zagwarantowanym będzie.

Aby ten program ziścić, musi Naród Polski stanąć jako mąż jeden i wytężyć wszystkie siły, by jego wola została zrozumiana i uznana przez świat cały.

.

W tym celu stanowimy:

1. Radę Stanu rozwiązać,

2. Powołać zaraz rząd, złożony z przedstawicieli najszerszych warstw Narodu i kierunków politycznych,

3. Włożyć na ten rząd obowiązek wypracowania wspólnie z przedstawicielami grup politycznych ustawy wyborczej do Sejmu polskiego, opartej na szerokich zasadach demokratycznych, i ustawę tę najpóźniej w ciągu miesiąca do zatwierdzenia i ogłoszenia Radzie Regencyjnej przedstawić,

4. Sejm niezwłocznie potem zwołać i poddać jego postanowieniu dalsze urządzenie władzy zwierzchniej państwowej, w której ręce Rada Regencyjna, zgodnie ze złożoną przysięgą, władzę swoją ma złożyć.

.

Polacy!

Obecnie już losy nasze w znacznej mierze w naszych spoczywają rękach. Okażmy się godnymi tych potężnych nadziei, które z górą przez wiek żywili wśród ucisku i niedoli ojcowie nasi. Niech zamilknie wszystko, co nas wzajemnie dzielić może, a niech zabrzmi jeden wielki głos: Polska Zjednoczona Niepodległa!

 

.

Warszawa, 7 października 1918 r.

Luty-8-12

Janusz Janyst

posted by Agnieszka

***

Celebryci
.
Chyba każdy potrzebuje jakichś autorytetów. Każdy – bez względu na wiek, poglądy, wykształcenie i status społeczny. Także bez względu na uprawiany zawód. Zauważmy, że w każdej profesji wskazać można na mistrza, będącego właśnie autorytetem, oraz adeptów, którzy terminując wzorują się na nim. Oczywiście, kto inny okaże się autorytetem dla początkującego aktora, reżysera, poety, a kto inny dla, dajmy na to, raczkującego dopiero w swym specyficznym fachu kieszonkowca czy włamywacza, bo przecież autorytety nie są zarezerwowane wyłącznie dla społecznie akceptowanych rejonów ludzkiej działalności.
Wiara w autorytety powoduje, że – jak napisał kiedyś Lew Tołstoj – nawet ich błędy przyjmowane są za wzorce.
Bywają, co prawda, „wolnomyśliciele” kwestionujący wszelakie autorytety i głoszący, że należy je odrzucać, dyskredytować, ale podejrzewam, że w gruncie rzeczy oni sami chcieliby zająć ich miejsce.
Skoro autorytety potrafią oddziaływać na mentalność i zachowanie ludzi, to już krok tylko do wykorzystania takich cieszących się zaufaniem postaci do określonych celów praktycznych, na przykład politycznych. Polegać to może na prowokowaniu ich do publicznego zabierania głosu w celu poparcia jakiegoś polityka, programu partii, ideologii, choćby nawet ów polityk, program lub ideologia zupełnie na to nie zasługiwały. Ale rolę „pożytecznego idioty” – by użyć określenia Lenina – spełnić może także ktoś, kto w swojej własnej dziedzinie ma uznany dorobek, natomiast w innych kwestiach jest naiwny jak dziecko, albo też zwyczajnie głupi. Czyż i dzisiaj nie obserwujemy takiego zjawiska?
Dla obecnych czasów charakterystyczne jest jeszcze coś innego. Za sprawą mediów narodziła się „instytucja” tzw. celebrytów, a więc autorytetów z gruntu fałszywych, wykreowanych sztucznie, które nie legitymują się jakimikolwiek znaczącymi osiągnięciami na żadnym polu. Celebryci, reprezentujący nierzadko tandetny przemysł rozrywkowy, znani są z tego, że są znani. Sami nie muszą się na czymkolwiek znać, co nie przeszkadza im jednak wypowiadać się na każdy możliwy temat. Żywi się tymi banalnymi w istocie, często wręcz trywialnymi osobnikami kolorowa prasa plotkarska, potrzebni są reklamie, za którą stoi biznes, no i – jakże by inaczej – politycznym „cetnrom dowodzenia”, bo znakomicie nadają się do wciskania w umysły młodych głównie, bezkrytycznych odbiorców pożądanych ideologicznie treści, budowania światopoglądowych stereotypów, nie mówiąc o ośmieszaniu politycznych przeciwników, które to działanie jest popularnym u nas chwytem w walce politycznej. Nad celebrytami pracują zazwyczaj specjaliści od PR, którzy dopracowują ich wizerunek, instruują, jak się zachować, co powiedzieć, dbają, by pokazując się na ekranie, czy udzielając wywiadów właściwie odegrali swą „rolę”, nie przekraczając ram poprawności politycznej. Nie trzeba dodawać, że „wypadnięcie” z takiej roli poprzez przekroczenie nakreślonych ram postępowania jest równoznaczne z zakończeniem kariery celebryty. Celebryty, czy może raczej kogoś na kształt, pardon …tresowanej małpy?
.
Janusz Janyst

Kwiecień-28-11

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Jak Jolka zrobiła sobie sonet

.

Przeczytaliście tytuł i sobie myślicie: sonet się pisze, a nie robi! Nie prawda. Ja go własnoręcznie zrobiłam w pocie czoła. Ale zacznijmy od początku.

Hania Prosnak poświęciła swój cenny czas na warsztaty, w czasie których mieliśmy uczyć się pisać sonety. Ja wiedziałam, że nigdy z nimi nie miałam do czynienia, więc nie powinnam brać się za to sama, tylko czekać, aż mnie fachowiec nauczy, ale gdzież tam! Przecież trzeba błysnąć intelektem. Na pierwszy ogień poszedł internet. Przerobiłam sumiennie Petrarkę, Mickiewicza i Słowackiego, o Wikipedii nie zapominając. Uzbrojona w wiedzę usiadłam do pisania i zaczęły się schody. Chciałam cudownie i romantycznie, a fachowiec czyli Hania starała mi się bardzo łagodnie wytłumaczyć, że wyszły powidełka dla mojego ukochanego, a nie sonet, a nasza szefowa Agnieszka Battelli bezlitośnie wybuchnęła śmiechem. A ja tak lirycznie i romantycznie i tak zgodnie z epoką! Mało tego liczyłam zgłoski, liczyłam wersy, przerabiałam i dopasowywałam z wywieszonym ozorem. Ale tak to już jest, że prawdziwie poetyckiej duszy nikt nie zrozumie! Więcej sonetu nie zrobię i tyle. Niech świat na tym straci!

Kwiecień-11-11

JANUSZ JANYST

posted by Agnieszka

***

Kochać minione i przyszłe

.

Małgorzata Skwarek-Gałęska, łódzka poetka. W dorobku pięć wydanych tomików wierszy, kolejny ukaże się wkrótce. Sama charakteryzuje się w sposób lapidarny: mam dwie córki, z których jestem dumna. Pracuję jako bibliotekarka i kocham tę pracę. Staram się być wierna swoim przyjaciołom i swoim zasadom.

.

Miłość do córek uzewnętrznia Skwarek-Gałęska w poetyckich strofach: śpijcie małe smuteczki/ w małych serduszkach/ niech się wypełnią radością/ wszystkie kąty dzieciństwa („Małe smuteczki” ze zbiorku „Biała róża to senne marzenie”). Z myślą o dzieciach przygotowała – okraszone wierszykami – opowiadania o mieszkającym w bibliotece, acz ciekawym Łodzi, stworku Bibliociku. Opowiadania zostały wydane w ubiegłym roku w przygotowanej wspólnie przez sześć autorek książce „Łódzkie czary-mary”.

Jej poezje są nabrzmiałe emocjami. Dajesz uczucie/ którego nikt nie chce/ dajesz zbyt wiele/ i nie mogą uwierzyć/ i nie mogą pomieścić/ i nie mogą udźwignąć/ tej ilości uczucia (tytułowy wiersz wspomnianej „Białej róży…”). Optymizm, bynajmniej, nie jest dla autorki nastrojem dominującym. Ma gorzką świadomość, że raczej nie odbędzie już swojej drogi do gwiazd. Zamiar, by upodobnić się do drzewa w upartym dążeniu wzwyż, zastąpiło smakowanie drobnych radości, jakie przynosi codzienność. Z tytułowego wiersza tomu „Zza zakrętu” wyziera nostalgia za latami beztroski: w rozpadającym się nagle życiu/ bywa pomacham/ zza jakiegoś kolejnego wyboru/ dniom kwaśnych jabłek.

Skwarek-Gałęska została boleśnie doświadczona przez los tragedią rodzinną, nagle utraciła męża. Nie waha się wyznać, że kiedyś była podobna ćmie a zgaśnięcie lampy odczuła jako paraliż. W tomiku „Mosty bez poręczy” dzieli się z czytelnikami bólem, ale też i obecną filozofią życia: wszystkiego się boję/ mimo to przyspieszam/ by kochać wszystko/ minione i przyszłe.

Lektura tej poezji to nie tylko wejście w świat intymnych odczuć poetki, ale i dotknięcie mającej szerszy wymiar problematyki egzystencjalnej. To zarazem współuczestnictwo w diagnozie rzeczywistości, w której sroży się pieniądz, w której jesteśmy zastraszani nachalną informacją/ spalani miotaczami ekranów/ bombardowani słowami. W takiej rzeczywistości, a może raczej w ucieczce od niej, wartością samą w sobie staje się dostrzeżenie choćby i kątem oka pierwszych wiosennych kwiatków…

.

JANUSZ JANYST

Luty-14-11

Tomasz Bieszczad

posted by Agnieszka

***

Zimny wychów

Nie dowiesz się nigdy

do czego byłeś zdolny…

(Urszula Kozioł)

Miasto. Które nie jest ani gorsze, ani lepsze od innych. Które szuka siebie, które siebie goni, które przed sobą ucieka. Jego lokatorzy uparli się, by uważać je za „złe”. Prawdopodobnie chcą dzięki temu mieć alibi dla swoich ciężkich grzechów zaniechania.

W tym Mieście poeci. Ale każdy z nich osobno, jak to poeci. Na przykład Andrzej Sawczenko. Ofiara, którą mimochodem, nie narzucając się nikomu, złożył ze swojego straconego życia. Ofiara za mnie i za ciebie, za nasze małostkowe dreptanie w miejscu, wymierzona przeciw samotności i wzgardzie. Oczywiście daremna. Nie tak widowiskowa, jak dumny lot Jana Lechonia z amerykańskiego wieżowca, ale upadek też na pewno bolesny, chociaż rozłożony na raty. Lecz kogo na świecie interesuje nieznany łódzki poeta, pijak nagabywany przez ubeków, autor jednego tomiku wierszy, w dodatku pełnego błędów korektorskich i złożonego mikroskopijnym drukiem dla naprawdę bystrych oczu…? To może Jacek Bieriezin? Autor kilku tomików, gwiazda pierwszej wielkości? Poza tym – jaka ciekawa biografia: permanentny bunt i wieczne pretensje do ustroju sprawiedliwości społecznej. I ten gwałtowny finał, tyle przypadkowy, co logiczny, na autostradzie pod Paryżem. A może Jerzy Waleńczyk? Kiedyś widziałeś go biegnącego przez kanion Piotrkowskiej, z rozwianym włosem i falującymi na wietrze połami starej jesionki. Pamiętasz? Jego przypadkowe, nagłe spojrzenie, a w jego oczach wyrzut, bolesne ukłucie. Pomyślałeś wtedy, co? „Daremność. Odrzucenie. Nieobecność…” Łódzkie słowa-klucze.

Daj spokój! Przecież każdy z nich chyba wiedział, na co się pisze. W „Tym Kraju” los tylko z rzadka uśmiecha się do Poety. Raz na sto lat, na skutek szczęśliwego zbiegu międzynarodowej koniunktury, zdarza się tu spokojne i sensowne Dwudziestolecie między Wielkimi Wojnami. Ulga. Komfort. Poeta może wtedy – w przerwach między układaniem wierszy – pisać piosenki do kabaretu, albo do radia, wymyślać hasła reklamowe, lub noworoczne szopki, korzystać z protekcji Władzy. Ma popularność, szacunek i naprawdę przyzwoite honoraria w przedwojennych złotych. Jeśli coś go razi, to przelane na papier, nabiera – jak u Tuwima – stylu i dystansu:

Jubiluje dzicz pogańska,

Megafony ryczą z mieszkań.

Mnie syrenka horacjańska

Za odległe wzgórze pierzcha.

Na co dzień jest jednak inaczej: kłopoty finansowe i kłopoty z natchnieniem, poczucie niespełnienia, użeranie się z urzędnikami od limitów papieru, dyktatorami polityki kulturalnej. No, i to zbyt częste sięganie po alkohol: bo odczucie numinosum (wzniosłości natury) przychodzi częściej przy barze, niż na łące. Raczej w czasie leczonego rankiem kaca, niż podczas spaceru po parku. Bo, jak pisał Miłosz:

Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów

Ale czyste i dostojne słowa były zakazane.

Gdzieś w głębi podświadomości, podoba ci się to uwikłanie, przyznaj. Można dzięki niemu uporać się z poczuciem winy. Jeżeli w Tym Kraju jest się poetą, trzeba cierpieć umiejętnie. Trzeba kontrolować cierpienie, rozkładać je metodycznie na raty. Mając obowiązek życia w obszarze daremności, trzeba się wykazać maksimum sprytu. Musisz mieć alibi.

Czasem Los doceni. Cierpliwość zostaje nagrodzona. Zdarzy się Super Koniunktura i przyjdzie Odwilż: Można nawet dostać Nobla. Wtedy jest lepiej. Skrzek karłów i demonów trochę przycicha. Na chwilę.

Odwilż trwa jednak zbyt krótko, aby pozostawić trwałe ślady. Przedwiośnie zbyt płynnie przechodzi w Zimę. Przy tak zmiennej pogodzie trudno się odnaleźć. Do głosu dochodzi towarzysz Fatum. Nadzieja okazuje się dziecięcą chorobą naiwności. Karnawał zmienia się w ruską smutę, a zrywy gospodarcze zaczynają służyć zaspokajaniu apetytu towarzysza Fiskusa. Wkrótce dawni koledzy z opozycji podejmą kolejną, całkiem udaną, próbę przekształcenia Odwilży w Republikę Kolesiów. Poezja łagodnie przechodzi w prozę poetycką, ale raczej nudną. Blizny po ukąszeniach heglowskich nie chcą się zagoić.

Ścigając jelenia zapuściłem się daleko w góry

I stamtąd widziałem

Widziałem nieobecność, królestwo przeciw-spełnienia

Karę utraconej na zawsze Obietnicy…

Wszystko powoli wraca do normy. Daremność, fatalizm, fiskalizm, melancholia, demagogia, dominacja, amnezja, amnestia. Gra półsłówek i kalamburów, ulubiona przez nowomodnych poetów, stój Halina, pradziadek przy saniach, maski. Brak powagi. Huśtawka nastrojów. Dlatego twoją specjalnością w żadnym razie nie mogą być wygody, ani sukces. Tylko prowizorka, lęk o jutro, o dzieci. I uparte wbijanie do głowy, że te kruche wysiłki może w każdej chwili zniweczyć jakiś niespełniony artysta, ubek. Albo – w najlepszym razie – były ubek.

Więc – jak tu nie pić? Ależ pić, jasne że pić. Zresztą, jak nie wóda, to zdrada. Jak nie kłamstwo, to rak krtani… Z tym ubekiem trochę przesadziłeś, prawda? Tak, ale trochę: Kraj jest przechodni, przechodzony, leży w amfiladzie. Byle gnojek ma tu swoje tajemnicze szlaki, interesy, które musi ubezpieczać ubekami. Lepiej poczytać Święte Pisma. W nich jest prawie wszystko, czego potrzebuje polski poeta. Św. Jan od Krzyża pisał:

Usiłuj zawsze skłaniać się nie do tego, co smakowite, lecz do tego, co niesmaczne; nie do tego, co wzniosłe i cenne, lecz do tego, co niskie i wzgardzone; nie do tego, aby pragnąć czegoś, lecz do tego, by nie pragnąć niczego; nie szukaj tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych, ale tego, co gorsze.

I dziękuj. Za życie niespełnione, za depresje wstydliwie utajnione, za ludzkie odrzucenie, za Boże Milczenie, za kalekie numinosum, za kłopoty finansowe, za nerwy na wierzchu, za pokusę lotu z okna hotelu, za zdrady doznane, za nagrody samorządowe nie doczekane… Dziękuj urzędnikom od limitów papieru i dyktatorom mód kulturalnych. Dziękuj kapryśnej publiczności. Dziękuj „złemu” miastu. Kim byłbyś bez niego? Nie dowiesz się nigdy do czego byłeś zdolny… Choć od zawsze to wiesz: Jesteś wielki. Jutro zmartwychwstaniesz. Nawet dzisiaj. W jakimś pogardzanym łódzkim teatrze, na jego małej scenie. Ktoś ze sceny poda ci rękę. Wyciągnie z Cienia. Na chwilę. Czy słyszysz te oddechy, te szepty? Słyszysz? Te skąpe brawa? Znów żyjesz. Przez chwilę. Naprawdę. Żyjesz.

(Tekst z programu do spektaklu „Wiersze zmartwychwstałe”

w Teatrze Nowym w Łodzi, premiera: 12 kwietnia 2004)


Styczeń-17-11

Janusz Janyst

posted by Agnieszka

***

Ikony na …liściach

.

Jedną z najbardziej interesujących malarek zrzeszonych w Stowarzyszeniu Plastyków Amatorów w Łodzi oraz Klubie Plastyków Amatorów przy Łódzkim Domu Kultury jest Alicja Naruszewicz-Petrenko. Urodzona w Wilnie, od 1945 mieszka w naszym mieście. Jest emerytowanym lekarzem stomatologiem. Lubi poezję, przychodzi na spotkania grupy „Centauro”. Pasję malarską realizuje od1996 roku. Uczestniczyła w wielu wystawach zbiorowych, miała osiem wystaw indywidualnych, na konkursach plastycznych zdobyła liczne nagrody i wyróżnienia. Przez dziewięć lat pełniła funkcję prezesa SPA. Organizuje ekspozycje prac malujących lekarzy. Jej mąż, Włodzimierz, również stomatolog, zajmuje się fotografia artystyczną.

Pani Alicja najchętniej stosuje techniki akwareli i pastelu. W jej twórczości – świadczącej o dużej wyobraźni w zakresie rysunku, koloru, kompozycyjnie niebanalnej – można wyszczególnić kilka faz. Najpierw powstawały pejzaże, inspirowane malarstwem impresjonistów. Potem przyszła kolej na portrety kobiet, delikatnie stylizowane poprzez wydłużenie twarzy i postaci, nawiązujące niekiedy do secesji i symbolizmu. Ostatnio artystka grawituje w stronę abstrakcji.

– Jako malarka czuję się wolnym ptakiem i nie muszę trwać w jednym stylu. Dawniej bardziej rejestrowałam to, co widzę, dziś utrwalam raczej to, co czuję – mówi.

Alicja Naruszewicz-Petrenko najczęściej maluje na papierze. Jednak charakteryzująca jej postawę potrzeba poszukiwania nowych środków warsztatowych oraz możliwości wyrazowych spowodowała, że jako ”nośników” zaczęła też równolegle używać…zasuszonych liści, kory palmy i platanu a nawet kamieni. Utrwala na tych naturalnych substancjach głównie ikony, wizerunki aniołów. Wzoruje się po części na dawnych ikonach rosyjskich. Na liściach, posługując się akwarelą i akrylem, uzyskuje szczególnie subtelne efekty, umiejętnie dialogując z autentycznym, „dendrologicznym” kolorem oraz fakturą.

Listopad-6-10

Janusz Janyst- „Kultura i Biznes” nr 45

posted by Agnieszka

***

Kto wymyślił „cztery kultury”?

.

W „Gazecie Wyborczej” (ale nie tylko tam) po raz kolejny przeczytałem, że pomysłodawcą Festiwalu Dialogu Czterech Kultur był Witold Knychalski. „Importowany” do naszego miasta dyrektor tegorocznego festiwalu „Powroty – Łódź Czterech Kultur”, Bogdan Tosza, w udzielanych wywiadach i przy kilku innych okazjach odmieniał przez różne przypadki nazwisko Knychalskiego właśnie jako tego, który wpadł na świetny pomysł skonfrontowania podczas imprezy artystycznej kultur dawnej Łodzi (idea to przecież na tyle cenna, że jej twórcy nie można było nie uhonorować ulicą).W bezpośredniej rozmowie z Toszą zorientowałem się, że nie został on przez nikogo poinformowany, że narodziny koncepcji festiwalu mogły wyglądać jednak nieco inaczej.

Niektóre media w dziwny sposób już „zapomniały”, że w 1999 roku Łódzkie Towarzystwo Muzyczne zainicjowało festiwal „Ziemia Obiecana” poświęcony czterem, współtworzącym dawną Łódź, kulturom – polskiej, niemieckiej, żydowskiej i rosyjskiej. W dwóch następnych edycjach festiwal ŁTM nosił nazwę „Kultury dawnej Łodzi” i dał w sumie mieszkańcom naszego miasta sposobność wysłuchania zróżnicowanych pod względem zawartości koncertów z udziałem wybitnych artystów, np. wiolonczelisty Mischy Maisky’ego z Izraela, rosyjskiego pianisty Aleksieja Orłowieckiego, niemieckiego organisty Wolfganga Zerera, skrzypaczki Barbary Górzyńskiej, orkiestry i chóru z Berlina oraz Hamburga, Kwartetu Kozaków Dońskich „Kumovya”, zespołu „Kroke”, comba Włodzimierza Nahornego. Trzymano się zasady zestawiania tego, co najlepsze u nas (choćby dokonań orkiestry Filharmonii) z osiągnięciami artystycznymi innych. Względy finansowe spowodowały jednak, że ŁTM nie mogło na dłuższą metę udźwignąć tego przedsięwzięcia, tym bardziej, że były ambitne plany związane z interdyscyplinarnością festiwalu. W Łodzi zawiązało się wówczas dotowane centralnie Towarzystwo Na Rzecz Dialogu Kultur „Łódź – Ziemia Przyszłości”, które wraz z Telewizją Polską S.A. i Urzędem Miasta Łodzi, dysponując kilkumilionowym budżetem, zorganizowało w 2002 roku pod patronatem Leszka Millera własny „Festiwal Dialogu Czterech Kultur”. Jako twórcę koncepcji eksponowania czterech kultur w formie festiwalu ogłoszono oficjalnie prezesa Towarzystwa „Łódź – Ziemia Przyszłości” – dobrze umocowanego politycznie i to, bynajmniej, nie po stronie prawej – Witolda Knychalskiego. Od tego momentu większość mediów lokalnych, wychwalających przedtem za pomysł i realizację imprezę wcześniejszą, spuściła na ŁTM zasłonę milczenia i niepamięci (jakiż to pouczający przykład manipulacji!), zaś kontynuowany odtąd każdej jesieni „Festiwal Dialogu Czterech Kultur”, budzący – w przeciwieństwie do imprezy go poprzedzającej – od samego początku zastrzeżenia programowe i organizacyjne, znalazł się w relacjach prasowych, wraz ze swym „pomysłodawcą”, pod parasolem ochronnym. W ŁTM, i w ogóle w środowisku muzycznym, do dziś mówi się o tym z goryczą.

Tegoroczny festiwal „Powroty – Łódź Czterech Kultur” wypadł może pod pewnymi względami ciekawiej, niż choćby ubiegłoroczny „Festiwal Dialogu Czterech Kultur”, nie zmienia to wszakże faktu, że z „kłamstwem założycielskim” nadal mamy do czynienia (a lepiej, by „powrotów” do tego kłamstwa więcej nie było!). Dyrektor imprezy Bogdan Tosza, zarazem p.o. dyrektora naczelnego Miasta Dialogu w Łodzi, zadbał, by w przeciwieństwie do chaotycznie tworzonych nieraz programów wcześniejszych edycji, nie pojawiały się zjawiska „z zupełnie innych parafii” a proporcje między prezentowanymi kulturami narodowymi były bardziej wyważone. Ale jeśli już o takich proporcjach mowa, to jest drobna uwaga dotycząca traktowania …właśnie mediów. Sam byłem świadkiem, jak na spektakl teatralny wchodzili bez problemu żurnaliści z gazet wydawanych przez Niemców („Dziennika Łódzkiego” oraz „Ekspresu Ilustrowanego”) a nie wpuszczono – rzekomo z braku miejsc – przedstawicieli rodzimych periodyków: „Tygla Kultury” (mającego zresztą status jednego z patronów medialnych festiwalu), „Piotrkowskiej 104”, „Kultury i Biznesu”, „Aspektu Polskiego”, „Niedzieli”. A przecież także i w tej dziedzinie równowaga winna być zachowana.

Październik-5-10

Marcelina Gładysiak

posted by Agnieszka

***

„Patrz, Kościuszko, na poetów!” – 30 lat działalności grupy CENTAURO

Centauro. Nazwa pochodząca od gwiazdy Alfa Centauri określa nie – jak można by przypuszczać – stowarzyszenie naukowców, lecz istniejącą od 30 lat grupę literacką. Istnieje bowiem analogia: zarówno poeci, jak i kwarki tworzące ciało niebieskie są silnymi indywidualnościami, lecz ich siła polega na przynależności do danej gromady – gwiazdy lub grupy literackiej. Członkowie grupy poetyckiej CENTAURO wyznaczyli obchody swojej rocznicy na 29 września. Imprezie przyświecała idea „Patrz, Kościuszko, na poetów”, więc miejsce spotkania – łódzki Plac Wolności, którego centralne miejsce zajmuje pomnik przywódcy – wybrane zostało nieprzypadkowo. Ma to związek z początkiem działalności grupy, kiedy w sercach literatów pojawiła się chęć głoszenia poezji w ważnych punktach miasta. Z powodu niesprzyjającej aury impreza została przeniesiona do sali widowiskowej Akademickiego Ośrodka Inicjatyw Artystycznych, mieszczącego się przy ul. Zachodniej. Nie przeszkodziło to w realizacji hasła „Patrz, Kościuszko, na poetów” – na rzutniku wyświetlono fotografię pomnika patrioty.

Spotkanie poprowadzili: Daniela Zajączkowska i Henryk Zasławski – założyciel grupy. W jego przebiegu można było wyróżnić dwie części płynnie przechodzące jedna w drugą. Pierwsza z nich – to wspomnienia dotyczące początków pierwotnie bezimiennej grupy poetyckiej, sięgających lat 80. Literaci wracali pamięcią do ważnych wydarzeń społeczno-politycznych, które miały miejsce w trakcie działalności CENTAURO. Takie fakty, jak wprowadzenie stanu wojennego, czy zamach na papieża Jana Pawła II przemawiały do ich świadomości podwójnie: nie tylko jako do Polaków, ale i do poetów, będąc tym samym inspiracją do tworzenia. W drugiej części spotkania prezentowane były wiersze byłych i obecnych członków grupy CENTAURO, przebywających w Polsce i za granicą. Jedne utwory miały charakter komiczny, inne refleksyjny. Każdy z członków grupy zaprezentował jedno, bądź kilka swoich literackich dokonań: z rękopisu, tomiku wierszy, z pamięci, a nawet… z telefonu komórkowego. Naładowani pozytywną energią, jakiej nie zabrakło na owym spotkaniu, poeci z pewnością ochoczo zabiorą się do dalszej artystycznej działalności. Być może będzie to dla osób nienależących do CENTAURO, a obecnych na spotkaniu, impuls do rozpoczęcia własnej literackiej przygody?

Wrzesień-27-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

Co Babcia robi w Parlamencie?

.

I to w Parlamencie Europejskim! Ja wiem. Latające Babcie zostały zaproszone przez panią poseł Joannę Skrzydlewską na wspaniałą wycieczkę – zwiedzanie Luksemburga, Strasbourga i Kolonii w dniach 21 – 25 września. Właśnie wróciłyśmy, bardziej uskrzydlone niż latające i wielce światowe.

Najtrudniejsze było przetrwanie szesnastogodzinnej jazdy autokarem. Ja akurat nie umiem spać, pisać ani czytać w pojazdach. Widoków nocą nie ma żadnych. Co robić? Śpiewać każdy może, ale kiedy już naprawdę wszyscy śpią nie wypada. Pozostaje tylko wyobraźnia. Jakoś przetrwałam.

Około dziesiątej dotarliśmy do Luksemburga, który jest podobno jednym z najpiękniejszych miast Europy. Ja akurat zakochałam się w Strasbourgu, ale o tym potem. Naszym przewodnikiem była pani Sylwia Czekaj, a opiekunem i kierownikiem grupy pan Bronisław Sagan. Państewko jest maleńkie, wielkości naszego powiatu ale mieści się tam 166 banków. Mieszkańcy posługuja się językiem luksemburskim przede wszystkim w szkołach, oprócz niego niemieckim i francuskim. Władcą Luksemburga jest książę Henryk, a stolicą Luksemburg, który w 2007 roku zyskał miano Europejskiej Stolicy Kultury. Miasto zostało założone w 966 r. Jego początkiem był zamek zbudowany na skale Boch wokół którego było rozbudowywane. W Luksemburgu oglądaliśmy Pałac Wielkiego Księcia, Plac d’Armes, katedrę i spacerowaliśmy promenadą d’la Corniche. Zwiedzaliśmy centrum miasta i jego najstarszą część. Oglądaliśmy również kazamaty. I ze smakiem zjedliśmy obiad zmęczeni ale nasyceni rzeczywiście pięknymi widokami. Bardzo ujęły mnie za serce słowa hymnu: chcemy pozostać tym, kim jesteśmy. Niewielu ludzi może to o sobie powiedzieć.

W drodze do następnego celu obejrzeliśmy piękne widoki w Alzacji – krainie nad Renem, której stolicą jest Strasbourg. Języki obowiązujące w kraju to francuski i alzacki, który jest połączeniem francuskiego i niemieckiego. Główną atrakcją była dla nas wizyta w Parlamencie Europejskim. Siedząc w fotelach ze słuchawkami na uszach czułyśmy się niemal jak posłanki. Dowiedziałyśmy się przeróżnych rzeczy. Np., chęć zabrania głosu należy zgłosić wcześniej, każda frakcja ma określoną ilość minut i czas wystąpienia odliczany jest na widocznym dla wszystkich minutniku. Jeśli czas zostanie przekroczony przewodniczący stuka specjalnym młotkiem. Posłowie mówią w języku ojczystym, tłumacze siedzący w okienkach umieszczonych dookoła sali przekładają to na inne języki i w słuchawkach usłyszymy ten język, który sami wybierzemy. Nie napatrzyliśmy się na dużą ilość posłów, ponieważ był to ostatni dzień sesji plenarnej i zaczęli się już rozjeżdżać do domu. Na żywo mogłyśmy podziwiać Kurskiego, Wałęsę i Migalskiego. W ciągu roku przez Parlament przewija się 200 tys. samych zwiedzających. Specjalni pracownicy zajmują się gośćmi – naszym gospodarzem był pan Leszek Gaś. W 22 oficjalnych językach mówią przewodnicy, których przydziela się do właściwych grup językowych. Parlament mieści się w Luksemburgu, Brukseli i Strasburgu. W związku z kryzysem podejmowane były próby przeniesienia całości do Brukseli, jednakże Francja nie wyraża zgody. Dla niej jest to sprawa nie tylko prestiżu, ale i wymiernych korzyści z ruchu turystycznego.

Teraz będę w swoim żywiole, bo opiszę to, co mnie się najbardziej podobało, czyli Strasbourg. Założony został wokół rzeki L’Ille. Od 1570 roku odbywają się tam największe targi bożonarodzeniowe, niestety pojechaliśmy za wcześnie. Centrum Strasbourga zostało sklasyfikowane przez UNESCO jako światowe dziedzictwo ludzkości. Aż do XVIII wieku był to ważny ośrodek teologiczny i nazywany był miastem tysiąca kościołów. Centrum miasta znajduje się na wyspie otoczonej kanałami po których popłynęliśmy statkiem Batorama, którego kapitanem był Niemiec. Znów ze słuchawkami na uszach słuchałyśmy opisów przewodnika w 22 językach, niestety bez polskiego, ale babcie sobie radzą z angielskim, rosyjskim i niemieckim, więc bez przeszkód chłonęliśmy widok zabytków i Małej Francji – cudownej dzielnicy Strasbourga poprzecinanej kanałami. Najpiękniejsza jednak była katedra Notre Dame wzorowana na paryskiej i cudowne uliczki wokół niej z domkami jak z bajki, maleńkimi kawiarenkami i sklepikami. Katedra zbudowana jest z czerwonego piaskowca, ma wciąż działający zegar astronomiczny. Wygląda jak zrobiona ze starej, przepięknej koronki. Opodal młodzi artyści malowali portrety, pejzaże, karykatury. Oczyma wyobraźni widziałam Cygankę tańczącą na placu i Dzwonnika wspinającego się na wieżę.

Po rejsie zjedliśmy obiadokolacje z panią poseł J. Skrzydlewską w restauracji mieszczącej się na statku rzecznym. Był to bardzo miły posiłek. Następnie hotel, spanie i śniadanie i przejazd do Kolonii. Ostatni dzień wycieczki. Kolonia jest największym miastem Nadrenii. Początkiem miasta była kolonia córki rzymskiego króla Agrypiny. Stąd nazwa miasta i wiele rzymskich pozostałości. Katedra w Kolonii również znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Wewnątrz są cenne zabytki sztuki średniowiecznej: relikwiarz Trzech Króli, Madonna Mediolańska, Krucyfiks Gerona, ołtarz Trzech Króli Stephana Lochnera. Spoczęły tam prochy królowej Rychezy. W mieście znajdują się 24 browary, to więcej niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Ciekawe jest Muzeum Czekolady i Muzeum Sportu i Olimpiady. Jednakże mieszkańcy Kolonii są mało uprzejmi, samo miasto jest szare i niezbyt ciekawe.

Teraz już wiecie, co babcia robiła w Parlamencie i nie tylko. Pojechały Babcie latające, a wróciły oblatane i wręcz światowe.