Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us
Luty-20-18

Monolog z moją Matką. – Agnieszka Battelli

posted by Agnieszka

Rozmowa bez końca.

Ta rozmowa właściwie nigdy się nie zaczęła, ani też nie została dokończona. Rozmowa o przyczynach bycia, takim jakim się jest. Po Twojej śmierci wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego nigdy nie pokazałaś mi listów od Twojego Ojca, a mojego dziadka do Kimby, mojej babci. Wzruszające pisane dziwnym, graficznym pismem, pełne troski o Ciebie i pełne zrozumienia, że babcia zakochała się w kimś innym. Wciąż pozostaje to pytanie otwarte, chociaż zbieram coraz więcej faktów, które powoli niczym puzzle, zaczynają pasować do siebie. Niedawno odkryłam, patrząc na Twój akt zgonu, że byłaś dzieckiem nieślubnym, chociaż może to dotyczyło ślubu Twoich rodziców w Kościele Polskim, którego rodzina nie chciała uznać ? Muszę sama odkryć tę prawdę, bo po śmierci mojego brata pozostałam tylko ja.

Luty-15-10

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Monolog z moją Matką – rozdział trzynasty – Ania

*

Babcia Nurkowska , kobieta korpulentna, ja trochę jestem do Niej podobna, na szczęście nie łącznie z wagą, bo ważyła ponad sto kilo, lubiła zjeść i gotować. Do wszystkiego co możliwe dolewała octu. Pamiętam jak kiedyś przyjechała do nas do Łodzi na jakiś czas i zajęła się gotowaniem. Mieszkaliśmy w jednym pokoju takiego ogromnego, wspólnego mieszkania. Całe mieszkanie miało chyba ponad trzysta metrów, my mieszkaliśmy w pokoju, który miał prawie sześćdziesiąt metrów, wspólna kuchnia i łazienka. Babcia gotowała, a my nie mogliśmy tego jeść, bo potrafiła dolać pół paczki smalcu do mielonych kotletów. Moja Mama chorowała na woreczek żółciowy i ledwo to znosiła. Babcia zresztą z powodu tej diety także ciężko chorowała i pewnego dnia serce odmówiło posłuszeństwa. Babcia Nurkowska, była to typowa babcia. Miała włosy spięte w koczek, ciągle coś robiła, wspaniale umiała robić na szydełku, w zadziwiającym tempie. Szydełkowała tak szybko, że prawie nie było widać szydełka. Ale zawsze robiła wszystko większe, bo osoba dla której to robiła z pewnością utyje. Babcia zrobiła kiedyś mojej Mamie czerwoną , przepiękną sukienkę, oczywiście za dużą . Pamiętam skromne mieszkanie, z ogromną szafą, a w niej poukładana bielizna pościelowa, obrusy, wykrochmalone tak , że stały na baczność. Szafa pachniała naftaliną. Babcia miała oddzielnie naszykowane rzeczy, gdyby Babcia miała iść do lekarza, czy do szpitala. Był tam „wyjściowy” biustonosz , pończochy i pasek do pończoch. Stało też tam wielkie łóżko, podwójne, takie małżeńskie. Nie bardzo rozumiałam po co Babci takie wielkie łóżko, skoro mieszkała sama. My mieliśmy jakieś takie nowoczesne tapczany, gdzie właściwie jak się dobrze człowiek przekręcił w nocy to mógł wylądować na podłodze. Daleko zresztą nie było, bo te tapczaniki były niezwykle niskie. U Babci też było tremo, na którego skrzydłach wisiały korale, a w wazonikach stały sztuczne kwiaty. Okrągły stół był przykryty szydełkową serwetą, którą zrobiła Babcia. Wszędzie zresztą były wspaniałe serwetki, wykrochmalone. W oknie wisiały szydełkowe firanki, które dawało się do ramowania. A pościel i obrusy po każdym praniu trzeba było, przed zaniesieniem do magla powyciągać. Babcia Nurkowska bez przerwy coś robiła, nie umiała usiąść i nic nie robić. W kuchni przez, którą się wchodziło do pokoju, stało wiadro z wodą, miska i oddzielne wiadro z pomyjami. Mimo, że Babcia mieszkała w Piotrkowie nie było tam kanalizacji, jedynie sławojka na podwórku , rynsztok i studnia do wody z taką naciskaną rączką. Jeszcze takie studnie spotyka się czasami. Nie lubiłam chodzić do tej ubikacji, zapach był okropny i bałam się strasznie tych robaków. Babcia się nad dziećmi litowała i korzystaliśmy z wiaderka w domu. Stało też wiadro z węglem. Nad kuchnią, pod którą palił się ogień, wisiał lniany woreczek z suszonymi jabłkami i gruszkami, pachniało drożdżowym ciastem z kruszonką, takim prawdziwym, co odchodziło od ręki. Stały też balony jeden z wiśniami, drugi z malinami na sok. Babcia potem te wiśnie po odlaniu soku zalewała spirytusem, kiedyś podobno wysypała wiśnie na podwórko i zjadły je kury. Były zalane w trupa, leżały do góry nogami z rozpostartymi skrzydłami. U Babci Nurkowskiej stała  maszyna do szycia. Babcia dorabiała do tej swojej biednej emerytury krawiectwem. Szyła płaszcze damskie, ciężkie ze sztywnikami w ramionach i na piersi, miały taki specyficzny krój z patką z tyłu, były na watolinie i najczęściej w kolorze butelkowej zieleni, wiśniowe lub fioletowe. Kiedyś Babcia zobaczyła klientkę przez okno i kazała mojej Mamie powiedzieć, że jest chora, nie zrobiła bowiem roboty na czas. Niewiele myśląc wskoczyła w ubraniu i butach do łóżka , pod pierzynę. Klientka tak się przejęła chorobą Babci, że na drugi dzień przyniosła jej zupę w słoiku. Babcia wspaniale haftowała, mam jeszcze obrus wyhaftowany przez Nią. Była naprawdę wspaniała w tym co robiła, z tego co wiem haftowała ornaty i obrusy na Ołtarz do Kościoła Bernardynów złotem. Nie zdążyła mnie tego nauczyć. Nauczyła mnie robić na szydełku i stawiać kabały. Nie stawiam kart, bo chyba nauczyła mnie całkiem nieźle i te moje wróżby się spełniały, a nie chcę by kogoś życie zależało od kart postawionych przeze mnie. Bardzo miło wspominam tę Babcie. Była to ciepła osoba, czasem pewnie naiwna, ale dobrotliwa. Lubiła chyba moją Mamę, mówiła do niej Krysia. Dziś widzę, że była to bardzo dzielna kobieta, wychowała sześcioro dzieci, dołożyła starań by były wykształcone. Miała aspiracje, by każde grało na jakimś instrumencie, fortepianie, skrzypcach, gitarze. Pielęgnowała ich talenty plastyczne. Z pewnością bardzo ciężko musiała pracować, prowadziła podobno sklep papierniczy, by zapewnić swoim dzieciom lekcje muzyki. A była wdową po kolejarzu. Dziadek długo chorował, miał prawdopodobnie ciężką astmę. Z Babcią wiąże się jeszcze wiele fajnych anegdotek, postaram się do nich wrócić w dalszej części. Dwie Babcie, dwa światy, odmienne i bardzo trudne do połączenia.

Luty-9-10

Agnieszka Battelli- Monolog z moją Matką.

posted by Agnieszka

***

Monolog z moją Matką – rozdział jedenasty- Walentynki

Kartkę z książki po jej skończeniu, pozostawiłam między stronnicami. Z takimi kartkami jest tak , jak z jakimś banknotem schowanym na wszelki wypadek w książce. Kiedyś taki banknot zostawiłam w książce i zapomniałam o nim. Pewnego dnia, gdy naprawdę był potrzebny, znalazłam i sprawił mi wielką radość. Nie cieszyłabym się z niego tak, gdybym włożyła do portfela, zostałby rozmieniony na drobne i pewnie dziś nie pamiętałabym tego zdarzenia. Tak jest właściwie ze wszystkim co robimy, rozmieniamy czasem nasze życie na drobne i ważne sytuacje umykają nam i nie mają znaczenia. Czy z pewnością nie mają znaczenia? Może to tylko nam się tak wydaje. Gdzieś te wszystkie przypadki sumują się i pewnego dnia wracają do nas w sposób zaskakujący. Taką teorię miała moja Mama i Babcia. Obie uważały, że nie należy się mścić za krzywdę. Komuś wydaje się to głupotą, ale moim zdaniem się sprawdza. Jakoś tak się składa, że udało mi się doświadczyć parę razy takich sytuacji. Zgoda, że na przykład moja Babcia tego już nie widziała, ale los jak to się mówi pokarał później te osoby, które niespecjalnie miłe były dla Babci. Los po pewnym czasie jak się komuś tak nieźle zbierze, wyręcza nas w tym karaniu. Tak też jest z dobrymi uczynkami. Kartka w książce zawsze będzie mi przypominać Mamę, strony książki , które czytała. Nie wiedziała, że książka kończy się moim imieniem, umarła gdy miała książkę przeczytaną do połowy, ale ja wiem i to mi wystarcza. Tak samo jest z Walentynkami. Co tu kryć jest to święto dość nowe dla nas, kojarzące się z komercją w takim złym znaczeniu, że tylko dla kasy, ale znowu jak kupię jakąś kartkę i wyślę, to może kilka osób będzie miało z czego żyć, tak globalnie. Moja Mama ostentacyjnie wyśmiewała to święto, ale bardzo lubiła dostawać ode mnie walentynki, cieszyła się i czekała na te życzenia, tak jak na życzenia na Dzień Matki. Kiedyś dostała walentynkę od Taty swojej znajomej. Była już w wieku, w którym nam się wydaje, że miłość takich osób nie dotyczy, ale….. Nie mówiła tego tak bezpośrednio, trochę była zażenowana, ale wiedziałam , że bardzo wielką radość sprawiła Jej ta walentynka. Wkrótce ten Pan zmarł i mojej Mamie było bardzo przykro. Myślę, że ta walentynka spowodowała, że moja Mama inaczej zobaczyła świat. Nie oczyma starości, ale na ten jeden piękny moment zaświeciło słońce, przypomniała sobie bowiem, że miłość to bardzo piękne uczucie i nie jest zarezerwowane dla ludzi młodych, ale wystarczy pozwolić jej wejść do naszych serc. Za oknem mróz. Moja Mama nie lubiła mrozu i pewnie, gdyby żyła byłaby teraz w Berlinie, bo u mnie byłoby Jej zbyt zimno. Opowiadałabym Jej o tym ,że już wkrótce wiosna, bo ptaki ćwierkają w parku, a one nigdy co do wiosny się nie mylą. Gdyby żyła kupiłabym piękną kartkę walentynkową i wysłałabym mojej Mamie, bo nie umiem przestać Jej kochać i mam nadzieję, że nigdy tego się nie nauczę.

Styczeń-30-10

Agnieszka Battelli- Monolog z moją Matką.

posted by Agnieszka

***

Monolog z moją Matką – rozdział dziesiąty – Książka.

Wiedziałam ,że tego dnia sporo czasu spędzę w środkach komunikacji i w urzędzie. Przed wyjściem postanowiłam sięgnąć po książkę. Zawsze coś przeczytam w tramwaju i stojąc w kolejce w urzędzie, pozwoli mi to też nie angażować się w jałowe kolejkowe dyskusje, które poza banalnymi stwierdzeniami, nic nie zmieniają w moim życiu, ani też ogółu. Nie akurat żeby branie książki to było coś nadzwyczajnego, bo do książek jestem przyzwyczajona i najczęściej targają mną wyrzuty sumienia, że czytam zbyt mało. Mam takie skryte marzenie by przeczytać wszystkie książki w domu zaczynając od najwyższej półki na przykład od lewej strony. I nie odkładać książki, która mnie nudzi, ale niczym odkrywca przebrnąć przez flegmatyczną treść opisów przyrody, gdy słońce wstaje po tysiąc razy, a jego promienie kładą się na czymś tam. Ale nie o tym chciałam napisać, jaki jest mój pogląd na literaturę, ale o pewnej kartce znalezionej w książce. Wybranej zresztą przypadkowo, bo mieściła się do torebki, książka oczywiście. Ani tytuł tu nie ma znaczenia, ani też autorka zresztą znana i poczytna. Książka ta należała jeszcze do mojej Mamy. Zawsze, gdy Mama przyjeżdżała do Polski Jej wyjazd kończył się ogromnym pakowaniem książek. Walizki robiły się wtedy pierońsko ciężkie. Dzisiaj część tych książek jest u mnie i tak sięgnęłam po tę, która miała mi pomóc znieść trudy dnia. Kartka, a raczej reklama z księgarni służyła mojej Mamie jako zakładka, wyraźnie widać miejsce na której stronie Mama skończyła czytać. Była to Jej ostatnia książka. Na odwrocie kartki zapisała dwa numery telefonów komórkowych mój i nowy swój na kartę. Tak sobie myślę, że są to takie właściwie irracjonalne sytuacje, gdy jakiś drobiazg powoduje powrót wspomnień. Ta kartka na nowo przywołała w mojej pamięci, ostatnie godziny razem. Ogromnego szacunku do książek nauczyła mnie też moja Babcia. Nie wyobrażałam sobie by usiąść do czytania książki z brudnymi rękoma, by zaginać strony, coś podkreślać, czy kłaść książkę do góry grzbietem. To nie mieściło się w mojej mentalności. Zawsze gdy powracają takie wspomnienia, przypomina mi się taki fragment z „ Kwiatów polskich” Tuwima o szufladzie. Mnie też jest strasznie trudno wyrzucić coś, jakieś zapisane skrawki papieru, szczególnie te, których znam historię. Mam taką karteczkę w kratkę gdzie mój Tata zapisał adres i telefon, a kilka tygodni później zmarł i ta karteczka ma dla mnie ogromne znaczenie. Chociaż czasem czuję się wyalienowana ze współczesności. W internecie codziennie można obejrzeć mieszkania „gwiazd”. A jakie to „gwiazdy” skoro w ich domach najlepiej widać lodówki, kominki , schody , telewizory i kanapy, a nie ma biblioteki. Kącika w którym byłby skromny regał z książkami. Nie śmiem nawet myśleć już tutaj o czymś bardziej wyrafinowanym, czyli pokoju zwanym biblioteką z miejscem do czytania z wygodnym fotelem i lampą. I tak wychodzi, że albo mnie Rodzice źle wychowali, albo coś w tym naszym polskim świecie jest nie tak. Pewnie tego problemu nie rozwiążę, bo moje gadanie przypomina te dyskusje w kolejkach,których sama unikam.Jedno jest pewne, że moi Rodzice wychowując mnie w ten sposób albo uczynili mi krzywdę,albo,  ja jednak mam nadzieję, że uchronili mnie przed byciem jakąś nie daj Boże „gwiazdą”

Styczeń-19-10

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Rozdział dziewiąty. Monolog z moją Matką. Zima.

Świat pokrył śnieg. Nie piszę niczego nadzwyczajnego, wystarczy wyjrzeć przez okno, by zobaczyć wszędzie śnieg. Ot co zima, a wraz z nią słychać utyskiwanie, kiedy ta zima się skończy? Cały rok czekamy na zimę. Myślimy o świętach w białej szacie. Wszyscy chcemy usiąść przy stołach , a za oknem romantyczne płatki śniegu niczym z amerykańskiego filmu. Kochamy bajki. Bo w tym czasie chyba krasnoludki powinny posprzątać śnieg z chodników i jezdni. To nie mogą być ludzie, siedzą przy świątecznych stołach. A może to powinna być jakaś druga zmiana ludzi z innego wymiaru, którzy święta mają w innym terminie i nie są akurat na urlopie. Zawsze słyszę o jakiś „onych”. Męczy mnie to. Nikt z nas nie przygotowuje się do zimy. Pamiętam jak moi Rodzice przygotowywali się do zimy.Moja Mama chociaż muszę powiedzieć, że niezbyt chętnie robiła latem przetwory. Pamiętam jak biegałyśmy w poszukiwaniu słoików, gumek i sprężynek. Czasem udawało się kupić ten deficytowy towar w Sulejowie w tzw. Gieesie. Przy okazji tych wędrówek rowerem, wąskotorową kolejką, autobusem, na łebka, a czasami Syrenką, w której nigdy nie było wiadomo co wysiądzie; wahacz, koło czy urwie się pasek klinowy, wchodziłyśmy do księgarni. Były tam istne cuda. Trafiały się książki, których nie można było kupić w Piotrkowie. Babcia moja miała swoją półkę w księgarni i ta półka potrafiła rujnować domowy budżet Babci. We mnie też jest taka niepohamowana chęć kupowania książek. A co do jazdy dzisiaj kultową Syrenką, pojechaliśmy kiedyś na wycieczkę do wapienników koło Sulejowa. Biały wapienny pył wdzierał się wszędzie, jechaliśmy z zamkniętymi oknami a tu trach. Urwała się linka gazu. Tata przywiązał sznurek do cięgła pod maską, prowadził samochód a Mama z ręką przez okno dodawała gazu ciągnąc za ten sznurek. Nie pamiętam jak wyglądaliśmy po powrocie do domu, ale pewnie jak dzieci młynarza. Rozgadałam sięa miałam napisać o przygotowaniach do zimy. No to te słoiki ogórki, kompoty, dżemy i powidła śliwkowe. Czasem to się przypalało, pleśniało, ogórki były jak śmierdzące kapcie, ale nie miało to wpływu na to by nie robić na nowo zapasów w następnym roku. Tata kupował ziemniaki, czasem cebulę, a sąsiedzi kupowali jeszcze kapustę. Przygotowania do zimy obejmowały także kupowanie węgla i patrzenie by nie przywieźli kamieni. Mama usiłowała zrobić jakiś sweter na drutach, czasem Jej to wychodziło, ale bywały i takie przypadki gdy jeden sweterek we wzorki robiła tak długo, że jak skończyła był już na mnie za mały. Tata jak zawsze szykował zimowe ubrania, sobie tylko znanymi sposobami starał się zawsze coś kupić, przerobić tak, że zawsze były to ubrania mające swój unikatowy charakter. Gdzieś na targu Tata kupił mi kożuch , wyczyścił , ufarbował i wyhaftował krzyżykami , mieliśmy także zawsze zrobione wkładki do butów i to nie na ostatnia chwilę, ale wcześniej. Gdy patrzę na swoja przeszłość przez pryzmat tego jak żyli moi Rodzice, jak dbali o dom, wiem jedno, że dzisiaj zatraciliśmy zapobiegliwość, umiejętność przygotowywania czegoś wcześniej. Prezenty kupujemy na ostatnią chwilę i potrzebujemy na to tylko pieniędzy, a we wspomnieniach o Rodzicach nie brak mi pieniędzy tylko konkretnie Mamy i Taty. W takim powierzchownym traktowaniu życia umyka nam bowiem treść.

Styczeń-9-10

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Rozdział ósmy . Monolog z moją Matką.Paszport.

*

Zaczęłam przeglądać papiery. Taki noworoczny zwyczaj, postanowienie, że zrobię porządek w papierach i będę mieć święty spokój. Ale jak to z tymi noworocznymi postanowieniami, kiepsko jak widać, bo co roku to samo. Przy okazji tych poszukiwań w moje ręce wpadł mi dzienniczek, a właściwie list rzeka, pisany do mojej Mamy przeze mnie, na samym początku Jej emigracji. Mamie pomysł przypadł do gustu, bo miała możliwość wiedzieć coś więcej. W tamtych czasach kolejek po chleb i jakieś byle co do jedzenia, listy szły niezwykle długo. Właściwie wiadomo było tylko kiedy został wysłany, ale kiedy dojdzie była to raczej tajemnica poliszynela. Mógł też nie dojść wcale. Z pewnością ktoś tam musiał przeczytać ten list, gdzieś to odnotować. W takim dzienniczku pisałam o wszystkim, co robiłam, ugotowałam. Takie zapiski mijających dni. Mama podchwyciła pomysł i pisała do mnie taki dzienniczek i drugi do Taty. W świecie współczesnym kontynuowałyśmy nasze pogaduszki przez telefon lub gadu-gadu. Wpisywałyśmy co robimy, czy pijemy właśnie kawę, kiedy wrócimy do domu. W mojej rodzinie zawsze mieliśmy ogromną potrzebę kontaktu. Musieliśmy wiedzieć gdzie kto jest, kiedy wróci, czy jadł obiad. Zawsze wieczorem rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Po wyjeździe Mamy siadałam z Tatą o piątej i piliśmy herbatę. Serwetki jakieś ciasteczka, Ojciec bardzo lubił ten rytuał, a te rozmowy pozwalały pewnie łatwiej znieść przymusową rozłąkę z Mamą. Na Zachodzie zastał Ją bowiem Stan wojenny, a ja z Ojcem przez wiele lat mieliśmy odmawiane wydanie paszportu. Pamiętam nadgorliwość pewnej osoby. W tamtych czasach by otrzymać paszport trzeba było mieć wniosek podpisany przez szkołę do której się uczęszczało. Ten ktoś mi nie podpisał. Po wielu latach chciał mnie przeprosić, ale wtedy już te przeprosiny były psu na budę, paszport miałam w domu. Ta osoba nie wiedziała, że jej nadgorliwość nie miała najmniejszego znaczenia. Paszportu i tak bym nie dostała. Mama była przedstawicielem Rządu Londyńskiego na Westwalię, a Brat głodował pod ambasadą w Bonn. Niemniej niesmak został i nie wiem czyj większy.Wracając do rozmów z moją Mamą, gdy już mogła przyjeżdżać do Polski gadałyśmy godzinami o wszystkim. Bardzo to wkurzało mojego byłego męża. Koniecznie chciał wiedzieć o czym rozmawiamy i czy czegoś chyba nie knujemy. Strasznie się złościł, że mamy taki dobry kontakt. A my właściwie nie wiem o czym rozmawiałyśmy. Pewnie o życiu i śmiałyśmy się . Miałam szczęście, że moja Mama była moją przyjaciółką. Nigdy nie odmówiła mi pomocy, nawet gdy nie było to całkiem po Jej myśli. Zawsze wspominała,że miała żal do swojej Matki, która nie pożyczyła Jej paska do sukienki, jak szła na potańcówkę. Przysięgła sobie wtedy, że sama nigdy nie będzie tak robić.A wracając do mojego paszportu to nie miałabym kłopotu z jego dostaniem gdybym pewnie w wieku 17 lat poszła na współpracę. Nie pamiętam dokładnie jak to było, skąd ten facet się wziął. Ale po czasie domyślam się, że w mojej szkole musiał być jakiś kontakt. Nie wiem kto. Umówił się ze mną w kawiarni, a potem dał mi wezwanie na Milicję na Lutomierską. Zastrzegł tylko bym nie mówiła nic w domu. Ja oczywiście wszystko powiedziałam natychmiast. Było to akurat po tym jak mój Brat wrócił z takich studenckich saksów ze Szwecji. Miał nawet rewizję osobistą i zabrano Mu Dzieła Wszystkie Gombrowicza, które sobie przywiózł. Po wielu latach okazało się, że w Szwecji też był informator. A moja przygoda z UB skończyła się straszną awanturą. Poszła ze mną tam moja Mama, wszyscy udawali, że nic nie wiedzą. Pierwszy paszport otrzymałam dopiero w 1984 roku, czyli po zniesieniu Stanu wojennego. Nie widziałyśmy się trzy lata.

Listopad-6-09

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Rozdział siódmy . Monolog z moją Matką. Dobre wychowanie.

Rozmawiałam ostatnio ze swoim znajomym o pewnych naszych zachowaniach, na które miało wpływ tak zwane dobre wychowanie. Niezwykle to piękna sprawa takie dobre wychowanie. Ale.
Właśnie to ale, było czasami przedmiotem moich dyskusji z Mamą.
Tłumaczyłam Mamie to, że jako Rodzice nie nauczyli mnie bycia bezczelną, nie pozwalali
na rozwinięcie tupetu. Starali się bym miała szacunek dla starszych. Dopiero po latach zorientowałam się, że nie zawsze starszy znaczy mądry i dobry. Powinnam ustępować w przejściu, w tramwaju, pomagać dźwigać zakupy. Moi Rodzice oczywiście nie mieli nic złego na myśli, chcieli jak najlepiej dla mnie. Ale jednocześnie wpoili mi takie przeświadczenie, że zawsze jest obok mnie ktoś , kto jest mądrzejszy i wie lepiej.
Wiele razy rozmawiałam z moją Mamą na ten temat i właściwie ta rozmowa jest niedokończona.
Sporo jest takich rozmów niedokończonych. Bo tak właściwie podjęłyśmy różne trudne dyskusje dopiero w momencie, gdy ja już stałam się bardzo doświadczoną osobą, nie tylko ze względu na wiek, ale także na swoje życiowe doświadczenie. Przez długi czas była we mnie taka wiara, jak u mojej Mamy, że wykształcenie i moja wiedza, będzie doceniona przez innych. Siedź spokojnie, jak coś umiesz to i tak zostaniesz zauważony.
Właściwie nigdy nie rozmawiałyśmy o miłości . Mama nie nauczyła mnie jak rozróżnić miłość od seksualnej fascynacji. Sama zresztą nie miała o tym pojęcia.
Taki balast dobrego wychowania powoduje, że wciąż tkwimy w kokonie braku samodzielności, niczym ćma obijamy się o jakieś żarówki, o różnym natężeniu,aż wreszcie trafimy na tę która, albo nas sparzy i zginiemy, albo uda nam się od niej odbić.
Ten nasz ostatni spacer po plaży dla mojej Mamy był właśnie takim lotem.
Rozmawiałyśmy o tym co ważne, słuchałyśmy morza i jeszcze tyle było tych rozmów przed nami.
Tak przynajmniej mnie się wydawało, teraz mam wrażenie, że moja Mama wiedziała, że to ostatnie nasze rozmowy. Brakuje mi niezwykle tych codziennych rozmów, ze względu na odległość przez gg, lub telefon. Często proste zdania, zawsze zaczynające się od puk, puk co tam? Mama odpowiadała, że pije kawę, czasem umieszczała obrazek, ja akurat o tej porze też piję kawę, mam to po swojej Mamie. Obiecywała, że zadzwoni później i pogadamy o wszystkim, pogodzie, co gotujemy na obiad , jak. Takie proste pogaduszki, przyjaciółek, matki z córką.
Dopiero całkiem dorosłe życie pozwoliło nam na takie bliskie rozmowy,
gdy jeszcze chodziłam do szkoły, a później studiowałam i musiałam podejmować swoje najważniejsze życiowe decyzje, nie mogłyśmy rozmawiać.
Były to niestety czasy, gdy po kilkanaście godzin czekało się na połączenie telefoniczne, które było podsłuchiwane.
A moja Mama jako działacz walczący o wolność Polski, podejmująca strajki pod ambasadą, pisząca różne protesty i będąca Przedstawicielem Rządu Polskiego w Londynie na Westwalię,
musiała być pod specjalnym nadzorem.
Dowiedziałam się oczywiście tego znacznie później i wtedy stało się dla mnie jasne dlaczego przez wiele lat nie mogłam otrzymać paszportu.