Subscribe to Poetika – Portal Poetycki – Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki
Technorati
del.icio.us
Wrzesień-6-15

Konkurs Literacki pt. „Solidarność”

posted by Agnieszka

***
Ośrodek Kultury ”Górna” w Łodzi i Grupa Literacka ”Centauro”
z okazji XXXV Rocznicy pierwszych strajków Solidarnościowych
w lipcu (Lubelszczyzna) i sierpniu (Wybrzeże i Śląsk) w 1980r.
ogłaszają Konkurs Literacki pt. „Solidarność”.
Prace pod godłem (poezja lub proza do 5 stron maszynopisu)
w 2 egzemplarzach należy nadesłać w terminie do 30 września 2015
na adres: Grupa Literacka ”Centauro” – Ośrodek Kultury ”Górna” w Łodzi
(93-138, ul. Siedlecka 1) z dopiskiem Konkurs Literacki „Solidarność”.
Prosimy o zaznaczeniu na kopercie kategorii wiekowej:
- do 50 roku życia literą M, a powyżej literą S.
W osobnej kopercie oznaczonej godłem i załączonej do przesyłki
prosimy o podanie imienia i nazwiska, adresu, telefonu i formy kontaktu.
Jury powołane przez organizatorów przyzna nagrody i wyróżnienia
kierując się zawartością artystyczną i merytoryczną zgłoszonych prac.
O rozstrzygnięciu Konkursu powiadomimy za pośrednictwem mediów
a laureatów zawiadomimy.
Organizatorzy zastrzegają sobie możliwość ewentualnego
bezpłatnego druku nagrodzonych utworów.
.

Z podziękowaniem:
Grupa literacka ”Centauro”
przy Ośrodku Kultury ”Górna”
w Łodzi
Henryk Zasławski

***
SMAKI PODRÓŻY
.
Opowiadania S.A. Średzińskiego są „nietypowym blaskiem, jakby błyskiem światła”. Autor podróżuje w głąb siebie i innych, odkrywa tajemnice oraz kruchość ludzkiego „ja”, ukazując polifoniczną rzeczywistość z wielu punktów widzenia. Buduje dialogiczne mosty porozumienia, utrwalając zmienność „straconego czasu”, opowiada się po stronie wykluczonych. Soczysty język, wnikliwy zmysł obserwacyjny, wyczulenie na detal ukazują „pęknięcie” w doskonałości natury. W historii o psie i autystycznej dziewczynce wnika do wnętrza tajemnego, pełnego szyfrów i znaków świata, którego nie zauważamy na co dzień.
Niezwykła wrażliwość na piękno i cierpienie sprawiają, że czytelnik z estetycznym wzruszeniem obcuje z partyturą barw, kształtów i dźwięków.
.
S.A.Średziński, „W PODRÓŻY-obrazki,opowiadania,facecje”, Integracyjne Koło Pisarzy i Poetów KAMENA, Łódź 2014
.
Anna Banasiak

Wrzesień-29-13

Anna Banasiak

posted by Agnieszka

***

II nagroda w ogólnopolskim konkursie literackim „Mój Belfer”, Opole, grudzień 2012

Plus minus

Słowo było naszym pierwszym wtajemniczeniem. Szumiało w głowach rajem utraconym młodocianych grzeszników uchwyconych w bluźnierczych pozach, przyłapanych na żuciu gumy, aktach ziewania i obgryzania paznokci. Ach, ileż razy nuda wisiała w powietrzu i zrywała boki w atakach śmiechu… Otwierałeś czerwony notesik. Wędrówki od nazwiska do nazwiska nie miały końca, armia palców maszerowała dzielnie w rzekach atramentu. Wyroki zapadały głęboko w pamięć. Niezapisane tablice naszych wspomnień wypełniały się tęsknotą za dojrzałością Nieomylnego.
-Proszę pokazać indeks, proszę odpowiadać na zadane pytania a nie bujać w obłokach.
-Co pan pisze panie Profesorze?
-Ech, dostatecznie, nie umiemy poprawnie formułować myśli. Widzi pani, nie wiadomo gdzie panią umieścić na skali ocen, ani plus, ani minus, ta dzisiejsza młodzież! Niechlujstwo, niezdecydowanie, niemoralność, nieposłuszeństwo, ech wszystko na nie. Za moich czasów…
-Panie profesorze, zaszło chyba nieporozumienie, pragnę wytłumaczyć…
-Niepoprawność, nielojalność, nieskuteczność, nieścisłość, nielogiczność, nie…
-Pan mnie chyba myli z kimś innym.
-Ja? Mylę?! Pani jest niekompetentna, nieanalityczna i niesforna a w dodatku nie oddała pani pracy semestralnej.
-To niemożliwe, przed chwilą leżała na biurku, co się z nią stało?
-Plus dodać minus dodać minus odjąć plus, zaraz ile to będzie, muszę skorzystać z wykresu. Tak, teraz już wszystko jasne, jest pani niedojrzała, będzie pani powtarzać całe życie. Tak, trzeba będzie sprawdzić metrykę i znaleźć pracę semestralną, koniecznie i bez dwóch zdań, policzyć wszystkie minusy i zrobić krótką analizę, tylko proszę bez żadnej psychoanalizy, wystarczą gotowe schematy. Mam kilka takich w notesiku, zaraz przyniosę.

Siedzimy tak przez chwilę nieruchomo po przeciwnych stronach biurka. W lęku zmniejszam się do rozmiarów kropki nad „i”. Nigdy nie mogłam nauczyć się tabliczki mnożenia. Przypomniałam sobie pytania rodziców i nauczycieli, jak z innej planety, aby podać różnicę albo jeszcze nienarodzoną sumę. W takich chwilach najchętniej odlatywałam w marzenia i podziwiałam widoki za oknem. Wpatrywałam się w chmury, podążałam za lotem ptaków.
-Niech pani poda rozwiązanie równania, zadnie jest dziecinnie proste.
Światy iksa i igreka zlały się w jedność. Równanie zmieniło się w rwącą rzekę.
Rysuję koło-horyzont, miejsce dla mnie niedostępne. Nie nadążam za klasą. Marzę tylko o tym, aby zapaść się pod ziemię. Spuszczam głowę, chcę schować się w bezpiecznym kokonie.
Po latach odwiedzam salę im. Kazimierza Ajdukiewicza. Patrzę na fotografię profesora semiotyki. Piramidalna powaga mędrca patrzącego z attyckim umiarem, surowego sędziego wymierzającego sprawiedliwość niedostrzegalnym mrugnięciem powiek.
W brodzie Profesora ginęły imperia, gromadziły się rzesze wybrańców oczekujących łaskawego wyroku.
-Prosimy o litość-dały się słyszeć błagalne jęki-ależ to byłby nadmiar uprzejmości ze strony proroka, takie bezpodstawne uchylenie sądu przeprowadzone wbrew zasadom wnioskowania dedukcyjnego i dowodom nie wprost. Tak, lepiej nie mnożyć bytów bez potrzeby: studenci drugoroczni, studenci przystępujący do egzaminu poprawkowego. Cóż za błędne koło w myśleniu albo hydra stugłowa? A co ze starą i sprawdzoną zasadą ekonomii? Marnotrawstwo w myśleniu rozszerza się jak epidemia. Ktoś mógłby wysnuć z takiego nieodpowiedzialnego postępowania błędne wnioski oparte na fałszywych przesłankach! Na dziś lepiej skorzystać z zapomnianego prawa reductio ad infinitum.
Redukować to, co nieredukowalne, weryfikować, falsyfikować-oto zasada wszystkich zasad, którą należy dostosować do odwiecznej logiki formalnej!
Wchodzę do pustej sali wykładowej jak do ruin zapomnianego miasta. Tabuny ławek okryte kurzem. Wokół egipskie ciemności unoszą się niby zasłona okalająca niedostępne ołtarze bóstwa. Przede mną rozpościera się biurko Profesora. Na blacie można dostrzec ślady rzezi niewiniątek.
-Zaczynamy odliczanie-powtarzało kamienne echo dobywające się z prawieku.
-Jeden, dwa, trzy, jeden-ostatnie słowo uchwycone w locie, na granicy prawdy i fałszu, momencie chwilowego przepływu geniuszu pojawiającego się w pierwotnej, dziecinnej egzaltacji, oczekiwaniu na owe upragnione olśnienia, w których odczytujemy znaczenie pism natchnionych proroków.
-Dobrze. Repetitio est mater studiorum, zabierzcie się raczej do myślenia a nie notowania. Nominativus, genetivus, dativus, nominativus…Implikacja formalna, implikacja materialna. To dobre dla dzieci. Proszę podać przykład błędu…Może pani?
-Jakiego błędu panie Profesorze?
-Na pytanie nie odpowiadamy pytaniem! Dlaczego nie udzieliła pani odpowiedzi znoszącej negatywne założenie pytania?! Proszę przeczytać, chwileczkę, niech się zastanowię. Hmm…Przecież pani nie zna Elementów! Jak to możliwe? Repetitio, repetitio i jeszcze raz repetitio. Na początku było słowo a słowo było materią. Rozumie pani, genesis, początek, najpierw trzeba powrócić do źródeł, deklinacja pierwsza, deklinacja druga, nominativus, genetivus. No, niech Pani odmienia. Tylko powoli i do znudzenia.
A sens zdania nadrzędnego będzie nam senną Sybillą i złudną Sodomą.

Stoję na przystanku i widzę może trochę wbrew zasadom logiki postać Profesora. Nie mogę uwierzyć. Starotestamentowy mędrzec, surowy prorok zmienia kształt i zewnętrzną powłokę. Gdzie się podziały liczba, miara i waga tej materii ciała pedagogicznego, Ciała wszechobecnego, doskonałości narzucającej z zewnątrz dojrzałość niepojętą i profesorskość niezmierzoną? Po chwili stoi przede mną tylko znak matematyczny. Twarz wydłużona udająca mianownik, ręce uniesione w karzącym geście powoli przyjmują miejsce licznika. Stoimy naprzeciw siebie. Ja w Realu i On w wirtualnym świecie liczb i figur rozpołowiony w analitycznej grze skojarzeń, ułamkowy w procesie nadawania nazw i zagadkowych znaczeń. Kto z nas istnieje naprawdę? I dlaczego spotykamy się na nieznanej ulicy w obcym mieście? Jedenaście dziewiątych…osiem szóstych…siedemnaście osiemnastych, ustawiam się w rzędach ułamków jak w ławkach szkolnych, szukam swojego miejsca na osiach układu zamkniętego. Nic z tego.
W niekończącej się kolejce po życie jestem ostatnia. Kto spóźni się na wykład, nie zostanie wpuszczony, nie przejdzie.
-Mane, tekel, fares-słyszę gdzieś w zakamarkach sali znajomy głos-proszę mówić własnymi słowami. Niestety nie odnalazłem Pani pracy semestralnej.
Więc co to znaczy?
-Mit wiecznego powrotu. Będzie Pani powtarzać ten rok przez całe życie. Dwója, dwója, pała z dwoma minusami, wspaniały start w dorosłe życie…

Plus minus wyjmuje notes, armia palców zatapia się w czerni atramentu, niewidzialna ręka przytrzymuje mnie, zaczynam mówić piskliwym głosem.

Już zawsze pozostanę małą dziewczynką zagubioną w chaosie życia.

Marzec-22-12

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***
PRL-owski kochanek
.
W szaroburym, ponurym łódzkim blokowisku w czasach słusznie minionych, choć nie dla wszystkich słusznie i tylko dla niektórych minionych mieszkał sobie z bogobojną żoną Janek Patriota. Zwali go tak sąsiedzi i znajomi nie bez przyczyny. Kochał ojczyznę nad życie i wszelkie dobra starał się z nią dzielić równo. Jeśli coś sobie zorganizował w robocie, to dbał, żeby i dla niej zostało, nigdy nie zabierał wszystkiego. Pierwszego kielicha za kołnierz nie wylewał tylko spełniał do dna toast: za naszą i waszą! Dbał tez o przyrost naturalny w swoim kraju bo choć chłopaków miał już pięciu to przysięgał, że kadrową jedenastkę dla ojczyzny stworzy. Taki robotny był! A że fama o jego pracowitości rozeszła się szeroko, a
przy tym i urodą męską się szczycił i kawalarz był zawołany i z pomocą chętnie spieszył miał tez przyjaciół i przyjaciółek mrowie. Nie dane mu jednak było się nimi cieszyć. Małżonka choć bogobojna była to jakaś mało gościnna. Chuda była i pyskata, a przy tym i obyczajów surowych, więc przeganiała mu towarzystwo jak nie dało rady inaczej to i mokra ścierką nie gardząc. Biedny Janek musiał być towarzyski na wynos bo w domu się nie dało. Kręcił się i chachmęcił jak umiał, zeby przyjaciół odmową spożycia cieżko wystanych kartkowych napojów nie obrazić a i do przyjaciółek się wybrać z pomocną nawet i dłonią kiedy mężowie zbyt zajęci byli. Pomagał co sił. Tak się nie raz upocił, że łaszki zrzucał w samych skarpetkach zostając, bo tych jakoś zdejmować nie lubił, czy też czasu mu zawsze brakło? I to go zgubiło. Raz pomagał przyjaciółce do siódmych potów i już, już koniec pomocy był tuż, kiedy mąż do drzwi zaczął pukać. Nie chcąc tłumaczyć swojego zmęczenia przy pracy, którą jednak mąż rzeczony winien był wykonać złapał ciuszki pod pachę i smyk na balkon.Piętro było czwarte, ale że był silny i muskuły od ciągłego robienia pompek miał wyrobione więc sobie wydumał, że wrzuci ubranie na dach, sam się podciągnie na rękach i na tymże dachu bezpiecznie wyląduje, a zejście przez właz to już dziecinna igraszka. Jak pomyślał tak zrobił. Wlazł już jednym kolanem, ale kiedy drugą noga się skrabał zaczepił skarpetą o rynnę i jak zaczął szarpać takiego hałasu narobił, że mąż wyleciał na balkon. Widać jemu akurat Jankowa pomoc dla żonki nie odpoowiadała, bo ściągnął go za tą uwięzioną nogę tak gwałtownie, ze chłopina przeleciał przez balkon i zabił się. I to na śmierć! I teraz w tym mieszkaniu nikt nie chce mieszkać, bo nocami słychać jak się coś na rynnie tłucze i spać nie daje. A to duch Jankowy ciągle wraca, żeby ta skarpetke odczepić albo i hałasem wystraszyć mężów, coby nie wracali w nieodpowiedniej porze.

Listopad-19-11

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***
Gollyłódź
.
Dawno, dawno temu – tak zwykle zaczynają się bajki. Niestety, to nie jest bajka. To prawda o mieście, które dawno, dawno temu żyło. Kwitł w nim przemysł filmowy. Nadano mu trochę żartobliwą, trochę dumną ksywkę Hollyłódź. Fala szarego dymu unosiła Łódź może nie do dobrobytu, ale do bytu jako tako spokojnego, była praca, jako taka ale była. Były też jako takie pieniądze, za które jako tako się żyło. A dziś? Co drugi mieszkaniec goły jak przysłowiowy święty turecki, co trzeci na minusie. Miasto nie dość, że gołe finansowo, na wszystko w budżecie brak pieniędzy to jeszcze starzeje się w zastraszającym tempie. Młodzi powyjeżdżali za chlebem, a ci którzy zostali to sami lenie. Zamiast pracować nad zaludnianiem miasta uparcie produkują niż demograficzny. A może to nie ich wina? Może wszystko dlatego, że dziś nie ma przerw w dostawach prądu, a w telewizji telenowela za telenowelą, jak nie 90 to chociaż 50 kanałów i jak tu się oderwać od życiowych problemów bohaterów 4254 odcinka „Mody na sukces”? Było już o nagości i goliźnie, a co z rozbieraniem? A dziękuję, kwitnie. Rozebrane zabytki, kamienice, fabryki. Piotrkowska rozebrana od Górniaka z co drugiego budynku, teraz prezentuje nielicznym przybyszom obwisłe piersi balkonów i makijaż z odpadających płatów tynku. Wdzięczy się kawiarenkami i czeka aż Dworzec Fabryczny wreszcie zdecyduje się rozebrać i zawstydzony zejdzie do podziemia.Łódź zaczyna zarabiać na nową ksywkę; Gollyłódź, bo akurat golizny ci u nas dostatek.

Październik-10-11

Konkurs literacki „Śmierć Pegaza”

posted by Agnieszka

***
Grupa literacka „Centauro” w O.K. „Górna”
(93-138 Łódź, ul. Siedlecka 1, tel. 684-66-47)
przedłuża do dn. 30.10.2011r.
II-ą edycję konkursu literackiego tematycznego:
„Śmierć Pegaza” – na upadek stuletniej księgarni
„Pegaz” w Łodzi.

Wiersz (wiersze) lub prozę do 4 stron maszynopisu
prosimy nadsyłać pod godłem na adres grupy (jw.)
z podaniem nazwy konkursu.
W dołączonej, zaklejonej kopercie oznaczonej godłem
prosimy podać imię, nazwisko, adres, telefon, ew. mail.
Bliższe informacje na spotkaniach „Centauro”.

Pozdrawiamy i dziękujemy…

Grupa literacka „Centauro”
przy Ośrodku Kultury „Górna” w Łodzi
Henryk Zasławski
42-684-66-47 (w. 23 i 28)

Listopad-29-10

Jolanta Miśkiewicz

posted by Agnieszka

***

ABRA

.

Na przystanku autobusowym wciąż przybywało czekających pasażerów a autobus nie nadjeżdżał. Był wczesny zimowy wieczór. Cieniutka warstewka śniegu skrzyła się na trawnikach. Robiło się coraz zimniej i ciemniej, a autobusu ani śladu. Obłoczki pary unosiły się z ust kobiety trzymającej wózek, starej babci w przekrzywionej peruce przyciśniętej wełnianą opaską, pana z brodą, jakiegoś dziecka stojącego samotnie, elegancko ubranego jegomościa, śmierdzącego żebraka i moich. Autobusu nadal nie było. Doszła jeszcze dziewczyna ze skrzypcami, kibic w kapturze i szczupły chłopak z gołą głową. Wszyscy przytupywali i mruczeli pod nosem.

Babcia w przekrzywionej peruce tupnęła parę razy energiczniej, okręciła się dookoła własnej osi, podskoczyła i krzyknęła ABRA! Mimo woli dodałam cicho KADABRA, bo w tym momencie wynurzył się zza zakrętu autobus. Wyglądało to po prostu na czary, w które tak naprawdę nie bardzo wierzyłam.

Ponieważ każdy miał serdecznie dość czekania ludzie przepychali się aby wsiąść do pojazdu, który i tak był już bardzo przepełniony. Kibic omal nie stratował żebraka, dziewczyna zdarła babci opaskę futerałem od skrzypiec, a peruka trzymała się już tylko na słowie honoru. Dziecko zostało dosłownie wniesione między dwoma panami, a chłopak z gołą głową wcisnął mnie na wózek kobiety. Miałam poobijane nogi i podarte rajtuzy, ale wreszcie jechaliśmy.

Autobus właśnie zbliżał się do tunelu, kiedy zaczęło się jakieś zamieszanie. To babci w peruce jakimś cudem udało się zatupać, obrócić, podskoczyć i znów krzyknąć ABRA! Znów odruchowo dodałam KADABRA i wtedy zgasły światła. Czarny autobus gnał przez czarny tunel, a cisza w nim była jak makiem zasiał.

Nagle autobus stanął. Nie odczuliśmy hamowania, bo po prostu zamarł w bezruchu. Rozległ się rechot babci w peruce, który w tej ciszy zabrzmiał jak dudnienie grzmotu. W tunelu zaczęły pojawiać się języki ognia. Pomarańczowo-żółto-czerwone cienie tańczyły po twarzach przerażonych pasażerów. Robiło się ciepło. Coraz cieplej. Gorąco.

Pośrodku autobusu znikąd wyrósł najprawdziwszy diabeł. Na głowie miał rogi, a między nimi przekrzywioną kędzierzawą peruczkę. Kiedy się dyskretnie rozejrzałam oczywiście nie zobaczyłam babci, ale usłyszałam diabelskie ABRA i jak zwykle dodałam KADABRA. Na każdym z pasażerów dzięki zaklęciu pojawił się inny strój. Diabeł przemawiał, pokazując widłami kolejne osoby:

Ty będziesz kelnerem. Przez pięć lat będziesz usługiwał ludziom, bo zawsze lekceważyłeś tych, którzy pomagali, sam nigdy tego nie czyniąc.

Ty będziesz kucharką. Całe życie grymasiłaś, nic ci nie smakowało.

Ty będziesz dozorcą, bo śmieciłeś, mazałeś po murach i naśmiewałeś się z ciecia, który po tobie sprzątał i pomstując szukał miotły schowanej przez ciebie.

Diabeł dalej wymieniał kolejne kary, a ja się pociłam ze strachu i gorąca. Miałam teraz na sobie długą suknię z białym kołnierzykiem i włosy uczesane w kok. Okazało się, że za pychę przy próbach pisarskich zostałam ukarana pięcioletnim stażem jako krytyk literacki w epoce pozytywizmu. Będę musiała znosić męskie przytyki i wyśmiewanie moich umiejętności z pokorą, gdyż takie były czasy – kobieta nie miała prawa mieć swojego zdania i wchodzić do świata mężczyzn.

Diabeł zakończył wyliczankę i podsumował: za pięć lat spotykamy się wszyscy w tym tunelu. Przepustkę do nieba dostaną tylko ci, którzy zasłużą. Kto się nie poprawi zostaje u nas.

W tunelu i w autobusie znów zapłonęły jasne światła, a pasażerowie ubrani byli zupełnie zwyczajnie. Babcia w peruce uśmiechała się tajemniczo i coś szeptała do siebie. Ja pchałam się w kierunku wyjścia i myślałam: sen, czy nie sen? Na próbę powiedziałam cichutko ABRA. Nikt mi nie odpowiedział.

ABRA II – dokończenie

Stałam zamyślona na przystanku przestępując z nogi na nogę. Jak zwykle marzły mi stopy. Autobusu oczywiście nie było. Moją uwagę przykuła postać starszej kobiety w przekrzywionej peruce przyciśniętej opaską. Jej widok przypomniał zdarzenia sprzed pięciu lat, które zupełnie uleciały mi z głowy. Rozejrzałam się zaciekawiona. Tak, to był ten sam komplet pasażerów. Kątem oka obserwując babcię wyglądałam autobusu. Sytuacja się powtórzyła. Podskoczyła, zakręciła się i wrzasnęła ABRA. Dodałam KADABRA już wsiadając do zatłoczonego pojazdu. Babci opaska wisiała na futerale od skrzypiec, ja w podartych rajtuzach tkwiłam na wózku kobiety, panowie ściskali dziecko, a kibic tratował żebraka. Ruszyliśmy. Nie spuszczałam babci z oka i kiedy zbliżaliśmy się do tunelu bez zdziwienia i strachu usłyszałam kolejne ABRA, dodałam KADABRA i światła zgasły. Autobus znieruchomiał w zupełnej ciszy. Zgodnie z moimi przewidywaniami pojawił się ogień, a babka zmieniła się w diabła. Do twarzy mu w tych kędziorach – pomyślałam – a może do pyska? Zauważyłam błysk humoru w czarnych oczkach. Znał drań moje myśli! Odezwę się, a co mi tam. Przecież to tylko sen.

- Diable, nasza umowa jest nieważna. Byłam w tym czasie ekspedientką, opiekunką, bukieciarką. Nie byłam krytykiem – powiedziałam.

Diabeł spojrzał spode łba, a mnie zachciało się śmiać. Ludzi wtedy jakby ktoś odczarował, jeden przez drugiego zaczęli mówić, że robili zupełnie co innego, niż nakazał czart. Zrobił się straszny harmider, bo nawet diabeł nie opanuje zdenerwowanych pasażerów w autobusie. „A idźcie wszyscy do diabła” – krzyknął w końcu i zabłysły światła. Znów wróciliśmy do tunelu, a babcia w peruce puściła do mnie oczko. ABRA KADABRA – sen, czy nie sen?

Sierpień-19-10

JOLANTA MIŚKIEWICZ

posted by Agnieszka

***

BYŁAM OPIEKUNKĄ

JOLANTA MIŚKIEWICZ

2006

Jest to opis wyrywkowy, nie obrazujący całości systemu opieki nad chorymi. Dane personalne występujących osób nie są zgodne ze stanem faktycznym. Zbieżność przytoczonych zachowań, sytuacji i imion jest przypadkowa. Za identyfikowanie się osób z bohaterami autor nie ponosi odpowiedzialności. Lektura przeznaczona jest dla osób powyżej 16-go roku życia

PODZIĘKOWANIE DLA MOJEGO SYNA

KTÓRY SŁUŻYŁ MI POMOCĄ

I WSPARCIEM

LIPIEC 1994 r.

Nie mogłam wprost uwierzyć, że wreszcie zaczyna się mój pierwszy dzień pracy po długich i bezowocnych poszukiwaniach. Kiedy szłam na rozmowy wstępne okazywało się, że nikt nie potrzebuje sekretarki władającej tylko jednym językiem obcym, bez znajomości komputera. Nikt nie chciał ekspedientki, która nie potrafiła obsługiwać kasy fiskalnej, technika ekonomisty i bukieciarki, która kilka lat nie miała do czynienia z wyuczonym zawodem. Dodatkowym minusem był mój wiek – czterdziestolatki są dobre w serialu telewizyjnym, nie w życiu. Nie wspominam już o nogach, które na pewno nie sięgają do samej szyi.

Obiecano mi zatrudnienie w Domu Pomocy Społecznej Dla Dzieci Upośledzonych. Denerwowałam się bardzo, bo był to krok w nieznane. Nigdy nie miałam do czynienia z chorymi psychicznie i bardzo się ich bałam. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Społeczeństwo jest niedoinformowane lub poinformowane błędnie na temat takich osób. Zbyt mało mówi się i pisze na ten temat w środkach masowego przekazu. Gdyby informacje były tak obszerne i tak częste jak na temat np. alkoholizmu czy narkomanii wiele osób zmieniłoby swój stosunek do chorych.

Oferowano mi pracę pokojowej, którą przyjęłam z dużą wdzięcznością. Zakres obowiązków jest bardzo podobny do obowiązków salowej w każdym innym szpitalu.

Aby podpisać umowę musiałam przepracować kilka próbnych godzin. Podekscytowana, trochę przestraszona i zarazem pełna nadziei przekroczyłam bramę Domu. Zobaczyłam spacerujących kilku mężczyzn i kobietę. Wcale nie były to dzieci. Niektórzy przystawali obok mnie grzecznie pozdrawiając lub pytając po co przyszłam. Odetchnęłam z ulgą, że byli tacy zwyczajni. Sama nie wiem, czy spodziewałam się rozwianych włosów i błysku szaleństwa w oku? Zaraz jednak znów wstrzymałam oddech, kiedy podszedł do mnie jeden z mężczyzn i śmiejąc się zamruczał:

- brrrm, brrrrm…

Po chwili zrozumiałam, że chodzi mu o samochód i najuprzejmiej jak potrafiłam powiedziałam, że nie mam samochodu. Wtedy on podał mi długopis, który zaraz wyrwał mi z ręki i odszedł gniewnie mamrocząc. Znów odzyskałam oddech, kiedy przyszła po mnie przełożona. Opowiedziałam jej o zajściu. Roześmiała się i wytłumaczyła:

- Mieszkańcy, którzy samodzielnie chodzą po terenie nazywani są rezydentami. Są oni najstarsi w domu i raczej niegroźni. Zwracamy się do nich po imieniu, a nie „proszę pani, pana”.

Siostra przełożona zaprowadziła mnie do budynku, do grupy II. Moją wprowadzającą tzn. tak jakby nauczycielką zawodu jest dziewczyna, która pracuje tu już kilkanaście lat. Jest zadziwiająco cierpliwa i miła. Nie denerwuje jej moja niewiedza. Na imię ma Ela. Po kilku minutach przebywania na grupie zaczęłam płakać. Nie dlatego, że praca okazała się bardzo ciężka i brudna, ale nad losem mieszkańców Domu. Tak bardzo jest mi ich żal. Roztkliwiam się nad chłopcem wyglądającym na jakieś 7-8 lat, który siedzi związany w kaftanie. Ma ładne, falujące blond włoski, szare oczy i pięknie wykrojone usta. Pytam opiekunek:

- Dlaczego taki miły chłopczyk siedzi związany?

- Zaraz pani pokażę, co on potrafi – odpowiada opiekunka.

- Nie, dziękuję – wycofuje się znów lekko przerażona, ale ona

zdążyła go odwiązać i odskoczyć w porę. Chłopak, jak się później dowiedziałam już siedemnastoletni wczepił się paznokciami w moją bluzkę i sycząc obnażył zęby długie i ostre jak kły. Dużą trudność sprawiło opiekunom oderwanie go ode mnie i ponowne związanie. Zrozumiałam, że była to konieczność podyktowana względami bezpieczeństwa. Bardzo się go przestraszyłam i jednocześnie było mi go żal. Opiekunki wyjaśniły mi, że kiedy nie był związany robił krzywdę innym dzieciom (tak nazywają tu wszystkich mieszkańców Domu) – drapał, kopał i gryzł jak zwierzątko. Ela opowiada mi, że pensjonariusze są w różnym wieku. Najmłodszy ma czternaście, a najstarszy czterdzieści siedem lat, ale wszystkich nazywają tu dziećmi. Oni właśnie tak się zachowują i tak są traktowani.

Jeden z chłopców nie rusza się prawie wcale, nie mówi, nie widzi i nie słyszy. Inny porusza się bardzo niewiele, a przy zmianie pampersów lub przebieraniu, kąpaniu sztywnieją mu wszystkie mięśnie i potrzebne są dwie opiekunki, aby udało się to zrobić.

Po kilku godzinach ścielenia łóżek, odkurzania, froterowania, mycia łazienek i ubikacji jestem bardzo zmęczona fizycznie. Bolą mnie ręce i nogi. Wózki z posiłkami zdają się ważyć tonę, ale nie to jest najgorsze. Wyczerpanie psychiczne jest chyba jeszcze większe. Powykręcane, zniekształcone kończyny, powykrzywiane buzię, zaciśnięte lub krzyczące bez związku usta, oczy które nie widzą lub są szalone. Większość z nich nie zdaje sobie sprawy ze swojego stanu, ale są tacy, którzy dużo wiedzą i rozumieją. Rozmawiałam dużo później z jedną z rezydentek – Janią, która przepięknie malowała.

- Janiu, może namalowałabyś coś dla mnie?

- Mam dużo pracy, a mało materiałów – odpowiada. – Widzisz pani jak nie mogę wyjść i sobie kupić, a one tylko obiecują. Nie mogę i jeść przestać, a bym chciała, bo się w sukienki nie mieszczę i co mam ubrać?

- Nie martw się. Mnie też jest ciężko schudnąć, a materiały do twoich prac w końcu muszą się znaleźć – odpowiadam bez przekonania, bo wiem, jak ciężka jest sytuacja finansowa Domu.

Dzieci mają małą styczność ze światem zewnętrznym. Rodziców albo wcale nie ma, albo są chorzy jak dzieci i przebywają w innych zakładach. Nawiasem mówiąc ktoś powinien zainteresować się tym problemem, aby ludzie bardzo chorzy umysłowo nie płodzili następnych chorych. Ich życie bywa naprawdę ciężki i smutne, chyba, że nie zdają oni sobie z tego sprawy. Normalni rodzice upośledzonych dzieci nie przyjeżdżają do nich – ułożyli sobie życie bez nich. Rzadko który ojciec, czy matka ma tyle poczucia obowiązku i miłości, aby odwiedzać chore dziecko w zakładzie zamkniętym.

Jednak zdecydowałam się pracować tutaj i to właśnie bezpośrednio z nimi. Chciałabym zostać opiekunką kiedy tylko pojawi się taka możliwość. Mam odpowiednie wykształcenie, niestety na razie nie ma etatów. Tymczasem będę sprzątać ich nieczystości, zmywać, szorować, dźwigać, byle tylko znaleźć chwilę, aby być bliżej nich. Może stwierdzenie, że ich pokochałam byłoby przesadą, ale w moich odczuciach na pewno więcej jest właśnie miłości i smutku, niż upokarzającej litości. Są tacy pracownicy i praktykanci, którzy się z nich śmieją, inni są obojętni, są i tacy, którzy boją się chorych cały czas, jak ja na początku. Są również tacy, którzy celowo i bezlitośnie wyrządzają im krzywdę. O tym, jak postanowiłam ich chronić i sprawić życie znośniejszym napisze w następnych rozdziałach.

Luty-15-10

Agnieszka Battelli – Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Monolog z moją Matką – rozdział trzynasty – Ania

*

Babcia Nurkowska , kobieta korpulentna, ja trochę jestem do Niej podobna, na szczęście nie łącznie z wagą, bo ważyła ponad sto kilo, lubiła zjeść i gotować. Do wszystkiego co możliwe dolewała octu. Pamiętam jak kiedyś przyjechała do nas do Łodzi na jakiś czas i zajęła się gotowaniem. Mieszkaliśmy w jednym pokoju takiego ogromnego, wspólnego mieszkania. Całe mieszkanie miało chyba ponad trzysta metrów, my mieszkaliśmy w pokoju, który miał prawie sześćdziesiąt metrów, wspólna kuchnia i łazienka. Babcia gotowała, a my nie mogliśmy tego jeść, bo potrafiła dolać pół paczki smalcu do mielonych kotletów. Moja Mama chorowała na woreczek żółciowy i ledwo to znosiła. Babcia zresztą z powodu tej diety także ciężko chorowała i pewnego dnia serce odmówiło posłuszeństwa. Babcia Nurkowska, była to typowa babcia. Miała włosy spięte w koczek, ciągle coś robiła, wspaniale umiała robić na szydełku, w zadziwiającym tempie. Szydełkowała tak szybko, że prawie nie było widać szydełka. Ale zawsze robiła wszystko większe, bo osoba dla której to robiła z pewnością utyje. Babcia zrobiła kiedyś mojej Mamie czerwoną , przepiękną sukienkę, oczywiście za dużą . Pamiętam skromne mieszkanie, z ogromną szafą, a w niej poukładana bielizna pościelowa, obrusy, wykrochmalone tak , że stały na baczność. Szafa pachniała naftaliną. Babcia miała oddzielnie naszykowane rzeczy, gdyby Babcia miała iść do lekarza, czy do szpitala. Był tam „wyjściowy” biustonosz , pończochy i pasek do pończoch. Stało też tam wielkie łóżko, podwójne, takie małżeńskie. Nie bardzo rozumiałam po co Babci takie wielkie łóżko, skoro mieszkała sama. My mieliśmy jakieś takie nowoczesne tapczany, gdzie właściwie jak się dobrze człowiek przekręcił w nocy to mógł wylądować na podłodze. Daleko zresztą nie było, bo te tapczaniki były niezwykle niskie. U Babci też było tremo, na którego skrzydłach wisiały korale, a w wazonikach stały sztuczne kwiaty. Okrągły stół był przykryty szydełkową serwetą, którą zrobiła Babcia. Wszędzie zresztą były wspaniałe serwetki, wykrochmalone. W oknie wisiały szydełkowe firanki, które dawało się do ramowania. A pościel i obrusy po każdym praniu trzeba było, przed zaniesieniem do magla powyciągać. Babcia Nurkowska bez przerwy coś robiła, nie umiała usiąść i nic nie robić. W kuchni przez, którą się wchodziło do pokoju, stało wiadro z wodą, miska i oddzielne wiadro z pomyjami. Mimo, że Babcia mieszkała w Piotrkowie nie było tam kanalizacji, jedynie sławojka na podwórku , rynsztok i studnia do wody z taką naciskaną rączką. Jeszcze takie studnie spotyka się czasami. Nie lubiłam chodzić do tej ubikacji, zapach był okropny i bałam się strasznie tych robaków. Babcia się nad dziećmi litowała i korzystaliśmy z wiaderka w domu. Stało też wiadro z węglem. Nad kuchnią, pod którą palił się ogień, wisiał lniany woreczek z suszonymi jabłkami i gruszkami, pachniało drożdżowym ciastem z kruszonką, takim prawdziwym, co odchodziło od ręki. Stały też balony jeden z wiśniami, drugi z malinami na sok. Babcia potem te wiśnie po odlaniu soku zalewała spirytusem, kiedyś podobno wysypała wiśnie na podwórko i zjadły je kury. Były zalane w trupa, leżały do góry nogami z rozpostartymi skrzydłami. U Babci Nurkowskiej stała  maszyna do szycia. Babcia dorabiała do tej swojej biednej emerytury krawiectwem. Szyła płaszcze damskie, ciężkie ze sztywnikami w ramionach i na piersi, miały taki specyficzny krój z patką z tyłu, były na watolinie i najczęściej w kolorze butelkowej zieleni, wiśniowe lub fioletowe. Kiedyś Babcia zobaczyła klientkę przez okno i kazała mojej Mamie powiedzieć, że jest chora, nie zrobiła bowiem roboty na czas. Niewiele myśląc wskoczyła w ubraniu i butach do łóżka , pod pierzynę. Klientka tak się przejęła chorobą Babci, że na drugi dzień przyniosła jej zupę w słoiku. Babcia wspaniale haftowała, mam jeszcze obrus wyhaftowany przez Nią. Była naprawdę wspaniała w tym co robiła, z tego co wiem haftowała ornaty i obrusy na Ołtarz do Kościoła Bernardynów złotem. Nie zdążyła mnie tego nauczyć. Nauczyła mnie robić na szydełku i stawiać kabały. Nie stawiam kart, bo chyba nauczyła mnie całkiem nieźle i te moje wróżby się spełniały, a nie chcę by kogoś życie zależało od kart postawionych przeze mnie. Bardzo miło wspominam tę Babcie. Była to ciepła osoba, czasem pewnie naiwna, ale dobrotliwa. Lubiła chyba moją Mamę, mówiła do niej Krysia. Dziś widzę, że była to bardzo dzielna kobieta, wychowała sześcioro dzieci, dołożyła starań by były wykształcone. Miała aspiracje, by każde grało na jakimś instrumencie, fortepianie, skrzypcach, gitarze. Pielęgnowała ich talenty plastyczne. Z pewnością bardzo ciężko musiała pracować, prowadziła podobno sklep papierniczy, by zapewnić swoim dzieciom lekcje muzyki. A była wdową po kolejarzu. Dziadek długo chorował, miał prawdopodobnie ciężką astmę. Z Babcią wiąże się jeszcze wiele fajnych anegdotek, postaram się do nich wrócić w dalszej części. Dwie Babcie, dwa światy, odmienne i bardzo trudne do połączenia.

Luty-15-10

Agnieszka Battelli -Monolog z moją Matką

posted by Agnieszka

***

Monolog z moją Matką – rozdział dwunasty – Hania

Miałam dwie Babcie, jak każdy, z tą jedną różnicą, że Babcie znałam, a Dziadków nie miałam możliwości poznać. Ojciec mojej Mamy zmarł, gdy moja Mama była mała, a Ojciec mojego Taty zmarł na kilka lat przed moim urodzeniem. Babcie wzajemnie chyba się nie do końca szanowały, z pewnością Babcia Gerliczowa, czyli Mama mojej Mamy mniej szanowała Babcię Nurkowską, Mamę mojego Taty. Mówiła często o tej drugiej „ta stara”. Co tu kryć nie było to zbyt ładne, ani eleganckie, biorąc pod uwagę pochodzenie Babci Gerliczowej. Babcia Gerliczowa miała na imię Hanna, nie znosiła gdyby ktoś nazwał Ją Anią. Babcia Nurkowska uwielbiała swoje imię i właściwie wszystkie córki miały na drugie imię Anna i gdyby miała na to wpływ to wszystkie wnuczki miałyby na imię Anna, albo chociaż na drugie imię. Moi Rodzice się wyłamali , ja mam na imię Agnieszka, Maria. Tak więc nie używaliśmy w domu imion Babć, tylko były to Babcie Gerliczowa i Nurkowska. Każda z nich była inna. Babcia Gerliczowa , kobieta z ogromną klasą, mówiąca po francusku, oczytana. Nosiła męskie kapelusze, umiała jeździć konno. Paliła papierosy w lufce, chyba Klubowe, jak pamiętam. Lubiła smażoną polędwicę, dobrą herbatę, książki i gazety. Gdy ja byłam mała jeszcze chyba pracowała w młynie w Piotrkowie, w laboratorium, ale potem była na lichej emeryturze z tak zwanego „starego portfela”. To była jakaś kuriozalna sytuacja, gdy emerytury ze „starego portfela”, były żenująco niskie w stosunku do tych z „nowego portfela”. Babcia Gerliczowa nauczyła mnie grać w karty, miałam trzy, może cztery lata, gdy kartami posługiwałam się na tyle sprawnie, by grać z dorosłymi. Pamiętam takie jedne wakacje w Sarbinowie, mieszkaliśmy pod namiotem u jakiegoś rybaka, jedliśmy świeże ryby, kupowane za grosze i całe wieczory towarzystwo grało w karty. Mój Tata grał kiepsko, tak więc mnie dokooptowano do tej gry. Ludzie nie wiedzieli co czynią , miałam wtedy może siedem, osiem lat i niestety dałam dorosłym solidnego łupnia. Babcia Gerliczowa nauczyła mnie też stawiać pasjanse, znam ich naprawdę sporo, oczywiście ulubione było prześcieradło z dwóch tali. Babcia Gerliczowa kojarzy mi się jeszcze z tym , że nauczyła mnie posługiwać się wcześnie sztućcami, na tyle wcześnie, że tego nie pamiętam, a w szkole, nie mogłam zrozumieć dlaczego w stołówce nie dają noży. Taki sam problem miał mój Syn w szkole. Babcia Gerliczowa , gdy widziała osobę, która bardzo się skupiała na tym jak używa sztućców z prostej przyczyny, że nauczyła się tej sztuki dopiero w dorosłym życiu, mówiła, że się męczy jak patrzy jak ta osoba je. U Babci Gerliczowej stare meble pachniały terpentyną, moja Mama nie znosiła tych, jak mówiła gratów. Mama lubiła nowoczesność i do końca życia nie umiała znaleźć nic pozytywnego w takim eklektyźmie meblarstwa, który ja bardzo lubię. Mieszanie różnych stylów jest właściwie moim ulubionym stylem. U Babci Gerliczowej w niewielkim mieszkaniu, w którym przyszło Jej żyć były masy książek, obok wielkiego biurka w stosach leżał „Magazyn Polski”, to się chyba tak nazywało. Uwielbiałam to wydawnictwo, mogłam godzinami siedzieć i przeglądać to wszystko. Oczywiście „Przekrój”, zawsze czytany od ostatniej strony, „Kulisy” i Babcia jeszcze miała w teczce w kiosku odkładane „Życie Warszawy”. Wyrażała się w tym z pewnością tęsknota, za życiem w Warszawie, w której moja Babcia spędziła swoje najlepsze lata. Podobno kochał się w Niej nawet Bodo. Piotrków Babcię dławił. U Babci widziałam też gazety po francusku, ale Babcia tego języka mnie nie nauczyła. Po francusku rozmawiała z moim Bratem, którego zdecydowanie faworyzowała, może dlatego, ze tak jak Jej Ojciec, a nasz Pradziadek, wkładał każdą rękawiczkę do innej kieszeni. Lewą do lewej, a prawą do prawej. Babcia gotowała pęczak dla gołębi, które karmiła na swoim parapecie. Jakoś nie pamiętam, by przelewała na mnie uczucia, czy rozpieszczała. Chyba nie była zbytnio zadowolona, że pojawiłam się na świecie. Między mną i Bratem jest siedem lat różnicy i pewnie moje urodzenie, pokrzyżowało wizję mojej Babci, by Rodzice się rozstali. Wtedy tego nie widziałam, ale po latach tak mi się to jakoś układa. Nie pamiętam też by kiedyś moje obie Babcie gdzieś były razem.