Poetika – Portal Poetycki

Poezja, Wiersze, Proza, Piosenki

Subscribe to Poetika – Portal Poetycki
Technorati
del.icio.us
Luty-14-11

Tomasz Bieszczad

posted by Agnieszka

***

Zimny wychów

Nie dowiesz się nigdy

do czego byłeś zdolny…

(Urszula Kozioł)

Miasto. Które nie jest ani gorsze, ani lepsze od innych. Które szuka siebie, które siebie goni, które przed sobą ucieka. Jego lokatorzy uparli się, by uważać je za „złe”. Prawdopodobnie chcą dzięki temu mieć alibi dla swoich ciężkich grzechów zaniechania.

W tym Mieście poeci. Ale każdy z nich osobno, jak to poeci. Na przykład Andrzej Sawczenko. Ofiara, którą mimochodem, nie narzucając się nikomu, złożył ze swojego straconego życia. Ofiara za mnie i za ciebie, za nasze małostkowe dreptanie w miejscu, wymierzona przeciw samotności i wzgardzie. Oczywiście daremna. Nie tak widowiskowa, jak dumny lot Jana Lechonia z amerykańskiego wieżowca, ale upadek też na pewno bolesny, chociaż rozłożony na raty. Lecz kogo na świecie interesuje nieznany łódzki poeta, pijak nagabywany przez ubeków, autor jednego tomiku wierszy, w dodatku pełnego błędów korektorskich i złożonego mikroskopijnym drukiem dla naprawdę bystrych oczu…? To może Jacek Bieriezin? Autor kilku tomików, gwiazda pierwszej wielkości? Poza tym – jaka ciekawa biografia: permanentny bunt i wieczne pretensje do ustroju sprawiedliwości społecznej. I ten gwałtowny finał, tyle przypadkowy, co logiczny, na autostradzie pod Paryżem. A może Jerzy Waleńczyk? Kiedyś widziałeś go biegnącego przez kanion Piotrkowskiej, z rozwianym włosem i falującymi na wietrze połami starej jesionki. Pamiętasz? Jego przypadkowe, nagłe spojrzenie, a w jego oczach wyrzut, bolesne ukłucie. Pomyślałeś wtedy, co? „Daremność. Odrzucenie. Nieobecność…” Łódzkie słowa-klucze.

Daj spokój! Przecież każdy z nich chyba wiedział, na co się pisze. W „Tym Kraju” los tylko z rzadka uśmiecha się do Poety. Raz na sto lat, na skutek szczęśliwego zbiegu międzynarodowej koniunktury, zdarza się tu spokojne i sensowne Dwudziestolecie między Wielkimi Wojnami. Ulga. Komfort. Poeta może wtedy – w przerwach między układaniem wierszy – pisać piosenki do kabaretu, albo do radia, wymyślać hasła reklamowe, lub noworoczne szopki, korzystać z protekcji Władzy. Ma popularność, szacunek i naprawdę przyzwoite honoraria w przedwojennych złotych. Jeśli coś go razi, to przelane na papier, nabiera – jak u Tuwima – stylu i dystansu:

Jubiluje dzicz pogańska,

Megafony ryczą z mieszkań.

Mnie syrenka horacjańska

Za odległe wzgórze pierzcha.

Na co dzień jest jednak inaczej: kłopoty finansowe i kłopoty z natchnieniem, poczucie niespełnienia, użeranie się z urzędnikami od limitów papieru, dyktatorami polityki kulturalnej. No, i to zbyt częste sięganie po alkohol: bo odczucie numinosum (wzniosłości natury) przychodzi częściej przy barze, niż na łące. Raczej w czasie leczonego rankiem kaca, niż podczas spaceru po parku. Bo, jak pisał Miłosz:

Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów

Ale czyste i dostojne słowa były zakazane.

Gdzieś w głębi podświadomości, podoba ci się to uwikłanie, przyznaj. Można dzięki niemu uporać się z poczuciem winy. Jeżeli w Tym Kraju jest się poetą, trzeba cierpieć umiejętnie. Trzeba kontrolować cierpienie, rozkładać je metodycznie na raty. Mając obowiązek życia w obszarze daremności, trzeba się wykazać maksimum sprytu. Musisz mieć alibi.

Czasem Los doceni. Cierpliwość zostaje nagrodzona. Zdarzy się Super Koniunktura i przyjdzie Odwilż: Można nawet dostać Nobla. Wtedy jest lepiej. Skrzek karłów i demonów trochę przycicha. Na chwilę.

Odwilż trwa jednak zbyt krótko, aby pozostawić trwałe ślady. Przedwiośnie zbyt płynnie przechodzi w Zimę. Przy tak zmiennej pogodzie trudno się odnaleźć. Do głosu dochodzi towarzysz Fatum. Nadzieja okazuje się dziecięcą chorobą naiwności. Karnawał zmienia się w ruską smutę, a zrywy gospodarcze zaczynają służyć zaspokajaniu apetytu towarzysza Fiskusa. Wkrótce dawni koledzy z opozycji podejmą kolejną, całkiem udaną, próbę przekształcenia Odwilży w Republikę Kolesiów. Poezja łagodnie przechodzi w prozę poetycką, ale raczej nudną. Blizny po ukąszeniach heglowskich nie chcą się zagoić.

Ścigając jelenia zapuściłem się daleko w góry

I stamtąd widziałem

Widziałem nieobecność, królestwo przeciw-spełnienia

Karę utraconej na zawsze Obietnicy…

Wszystko powoli wraca do normy. Daremność, fatalizm, fiskalizm, melancholia, demagogia, dominacja, amnezja, amnestia. Gra półsłówek i kalamburów, ulubiona przez nowomodnych poetów, stój Halina, pradziadek przy saniach, maski. Brak powagi. Huśtawka nastrojów. Dlatego twoją specjalnością w żadnym razie nie mogą być wygody, ani sukces. Tylko prowizorka, lęk o jutro, o dzieci. I uparte wbijanie do głowy, że te kruche wysiłki może w każdej chwili zniweczyć jakiś niespełniony artysta, ubek. Albo – w najlepszym razie – były ubek.

Więc – jak tu nie pić? Ależ pić, jasne że pić. Zresztą, jak nie wóda, to zdrada. Jak nie kłamstwo, to rak krtani… Z tym ubekiem trochę przesadziłeś, prawda? Tak, ale trochę: Kraj jest przechodni, przechodzony, leży w amfiladzie. Byle gnojek ma tu swoje tajemnicze szlaki, interesy, które musi ubezpieczać ubekami. Lepiej poczytać Święte Pisma. W nich jest prawie wszystko, czego potrzebuje polski poeta. Św. Jan od Krzyża pisał:

Usiłuj zawsze skłaniać się nie do tego, co smakowite, lecz do tego, co niesmaczne; nie do tego, co wzniosłe i cenne, lecz do tego, co niskie i wzgardzone; nie do tego, aby pragnąć czegoś, lecz do tego, by nie pragnąć niczego; nie szukaj tego, co lepsze wśród rzeczy stworzonych, ale tego, co gorsze.

I dziękuj. Za życie niespełnione, za depresje wstydliwie utajnione, za ludzkie odrzucenie, za Boże Milczenie, za kalekie numinosum, za kłopoty finansowe, za nerwy na wierzchu, za pokusę lotu z okna hotelu, za zdrady doznane, za nagrody samorządowe nie doczekane… Dziękuj urzędnikom od limitów papieru i dyktatorom mód kulturalnych. Dziękuj kapryśnej publiczności. Dziękuj „złemu” miastu. Kim byłbyś bez niego? Nie dowiesz się nigdy do czego byłeś zdolny… Choć od zawsze to wiesz: Jesteś wielki. Jutro zmartwychwstaniesz. Nawet dzisiaj. W jakimś pogardzanym łódzkim teatrze, na jego małej scenie. Ktoś ze sceny poda ci rękę. Wyciągnie z Cienia. Na chwilę. Czy słyszysz te oddechy, te szepty? Słyszysz? Te skąpe brawa? Znów żyjesz. Przez chwilę. Naprawdę. Żyjesz.

(Tekst z programu do spektaklu „Wiersze zmartwychwstałe”

w Teatrze Nowym w Łodzi, premiera: 12 kwietnia 2004)